Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Next Stop Arrogant Boy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Next Stop Arrogant Boy. Pokaż wszystkie posty

Rozdział ღ Dwudziesty Czwarty - Final

— Minji! Mamy tu istny Sajgon! — krzyczy Fen Lu, gdy tylko kobieta wkracza do budynku tylnym wejściem, starając się umknąć z przed oczu chmarze rozszalałych dziennikarzy, zadających jej pytania z szybkością wystrzeliwanej torpedy.
Była pewna, że nie da rady spojrzeć pracownikom po incydencie ze zdjęciami, ale wmaszerowuje do środka pewnym krokiem, pewniejszym niż się spodziewała.
— Przecież widzę! Prawie potargali mi marynarkę! — żarli się, spoglądając desperacko na jej rękaw, rwący się aktualnie w szwach. — Co za zezwierzęcenie!
Po wejściu do holu od razu może zauważyć, że nic nie działa jak należy. Główne wejście jest mocno zabarykadowane, a wokół panuje nienaturalna cisza i pustka, której nie doświadczyła nigdy za wieloletniej pracy w tym hotelu.
Mimowolnie czuje pod powiekami łzy. Rozumie Allena i jego potrzebę zniszczenia miejsca, które przyczyniło się do destrukcji matki, jednakże kobieta związała swoje serce z La Rose i cierpi widząc jak pielęgnowane przez nią dziecko niechybnie upada.
Bo o tym, że przed La Rose nie ma już przyszłości nie ma żadnych wątpliwości. Hotel umiera na jej oczach.
Mimo wszystko, to do niej należy by ten ostatni raz ogarnąć sytuacje. Większość gości wymeldowało się i odwołało rezerwacje, a pracownicy zaczęli składać CV w konkurencyjnych firmach, ale to nie znaczy, że mają chować się po kątach jak jakieś przerażone szczury.
Poprawiwszy spódniczkę, wciąga oddech i idzie ku głównemu wejściu.
— Minji? Co ty wyprawiasz? — Fen Lu pozieleniał na twarzy.
— Porozmawiać z nimi przecież! — Obrzuca mężczyznę surowym spojrzeniem. — Jestem menadżerką tego hotelu i poprowadzę tę sprawę do końca. — Mówiąc to, odblokowuje zabezpieczenie i wychodzi wprost w istny chaos.
Dziesiątki mikrofonów wściekle atakują ją w twarz, a setki pytań domaga się odpowiedzi.
Tym razem jednak nie zamierza uciekać. Przybiera na usta firmowy uśmiech i odzywa się głośno.
— Zaraz odpowiem na wszystkie państwa pytania…

***
Allen beznamiętnym spojrzeniem wgapia się w telewizor, gdzie Minji właśnie stara się ratować dobre imię hotelu.
Uśmiecha się krzywo.
Jest coś dotkliwego w tym, iż kobieta walczy o coś, co on najchętniej zrównałby z ziemią.
Leniwym ruchem pakuje sobie do ust garść chrupek, będących w ostatnich dniach głównym składnikiem jego śmieciowej diety.
Komórka po jego lewej stronie znów wibruje. Robi to nieustannie. Co chwila ktoś pragnie się do niego dodzwonić. Jak nie Gun, to ojciec, to Ju Yong, na Minji kończąc.
Tylko przy niej się zawahał, rozważając, czy odebrać. Z resztą świata nie ma zamiaru się komunikować. Przynajmniej nie teraz.
Na stole przed nim widnieje bilet do Ameryki. Kupił go za ostatnie pieniądze jakie miał, gdyż ojciec zablokował mu kartę kredytową i uniemożliwił dostęp do konta bankowego.
Cholerny skurwiel.
Matka zostawiła mu wprawdzie pieniądze na czarną godzinę, ale póki nie osiągnie pełnoletności, będą zamrożone i nie do ruszenia.
Wie jednak, że jakoś sobie poradzi. Wróci do Stanów i zostawi ten cholerny kraj daleko za sobą.
Tylko o tym marzy.
I byłoby to z pewnością dziecinnie łatwe, gdyby nie ona. Minji wkrada się do jego myśli, nie dając o sobie zapomnieć.
Wyłącza telewizor i poorawszy kurtkę z oparcia krzesła, wychodzi z jakiegoś zaściankowego hotelu, gdzie wynajął sobie pokój do jutra.
Jutro bowiem opuszcza Koreę.
Ale najpierw pragnie z nią porozmawiać.

***
Dopiero po dwóch godzinach dziennikarze dają jej wreszcie spokój i przeżuta niczym stara guma, wlecze się ociężale do holu, gdzie spoglądają na nią przestraszone twarze pracowników. Ga In nawet popłakuje w ramie starszej sprzątaczki, klepiącej ją uspakajająco po plecach.
Są niczym pasażerowie statku, który zmierza na dno morza.
Minji przystaje i patrzy na nich bezradnie. Zawsze była ich opoką i ma świadomość, że teraz także na nią liczą.
Tyle, że ona nie potrafi ich już uratować. Nie jest wszechmogąca.
— Przepraszam — mówi, chociaż to wszystko nie jej wina. — To koniec. Koniec tego hotelu. Najlepiej będzie jeżeli wszyscy teraz spróbujecie poszukać innej pracy. Wystawię wam dobre referencje.
I tyle. Tylko tyle może zrobić. Dla nich. Wie, że to ich nie pociesza. Ga In wybucha głośniejszym płaczem.
— Noona…
— Praca z wami — przerywa gwałtownie Fengowi. — Była dla mnie zaszczytem. — Powiedziawszy to, odwraca się i opuszcza hol.
Pierwszy raz w życiu nie jest w stanie uratować sytuacji, ugasić buchającego ognia jak robiła to przez cały czas.
Właśnie wtedy dzwoni telefon. To z komisariatu. Serce podchodzi jej do gardła, gdy odbiera.
— Pani Han? — pyta męski głos po drugiej stronie.
— Tak, przy telefonie.
— Złapaliśmy podejrzanego. Wiem, że jest już późno, ale byłaby pani w stanie go zidentyfikować?
Nogi Minji miękną w kolanach. Jedną ręką musi przytrzymać się ściany, żeby nie upaść.
Mimo to, jej głos brzmi zdecydowanie.
— Zaraz tam będę.

***
Hun Joon niewiele się zmienił odkąd widziała go ostatni raz. Teraz, rozparty na krześle przy policyjnym biurku wymierza jej tak pewne siebie spojrzenie, jakby od początku miał pewność, że nic nie może mu zrobić.
Minji z niedowierzaniem lustruję jego twarz, zastanawiając się dogłębnie co takiego urzekło ją wcześniej w tym cynicznym, dupkowatym facecie.
Zadziwiające jak pewne rzeczy mogą zmieniać swoje oblicze zależnie od tego przez jaki pryzmat na nie patrzymy.
Niegdyś wspaniały i ciepły mężczyzna, teraz wydaje się Minji zimny i wyrafinowany.
Albo jest fantastycznym aktorem, albo to ona jest najgłupszą osobą we wszechświecie.
— To on — szepcze. Obiecała sobie, że będzie silna i pokaże mu, że nie zdołał jej złamać, ale teraz, patrząc na niego tak realnego a zarazem obcego, nie jest w stanie powstrzymać drżenia głosu.
Hun Joon uśmiecha się półgębkiem, doskonale rozumiejąc jej obawy i czerpiąc z nich satysfakcję.
— Co pan na to? — Starszy policjant zwraca się do mężczyzny zza drugiej strony biurka. — Jak pan odniesie się do stawianych mu zarzutów?
— Oczywiście, jestem niewinny. — Hun Joon mówi to tak szczerze, że Minji sama by sobie nie uwierzyła. — Pierwszy raz widzę tę kobietę na oczy.
— Zaprzecza więc pan, jakoby nagrywał nieprzyzwoite filmiki bez zgody ofiary?
— Lubię pooglądać sobie filmiki dla dorosłych, przyznaję — odpowiada gładko mężczyzna, jakby gawędził z kolegą w klubie golfowym, świetnie się bawiąc. — Ale kto z nas nie lubi, prawda? — Zerka z rozbawieniem na policjanta, który automatycznie się rumieni. — To jednak jeszcze nie znaczy, że zaciągam kobiety do łóżka i robię im zdjęcia wbrew ich woli.
— Ty sukinsynu! — Minji nie wytrzymuje i podbiega do niego dziarskim krokiem. — Jak śmiesz!
— Spokojnie! — Policjant zrywa się z krzesła i powstrzymuję ją w ostatnim momencie. — Nie chce chyba być pani zatrzymana za napaść?
— Ja? Zatrzymana? — Han spogląda na funkcjonariusza kpiąco. — Pan nie pojmuje, co on mi zrobił? Co zrobił nam wszystkim?
— Oczywiście, że rozumiem. — Policjant stara się ją siłą usadzić na krześle. — Dlatego śledztwo jest w toku. Rozwiązania siłowe jednak w niczym pani nie pomogą.
Minji oddycha ciężko, wyczuwając na sobie pogardliwie spojrzenie Hun Joona, dla którego to wszystko jest tylko przedstawieniem, w którym może zagrać.
— To wariatka — stwierdza bez wahania. — Na pierwszy rzut oka widać, że coś jest z nią nie w porządku.
Minji ma ochotę spróbować przyłożyć mu kolejny raz, ale powstrzymuje się, głównie dlatego, że on właśnie na to liczy.
By zrobić z niej niepoczytalną furiatkę i zdyskredytować w oczach władzy.
Procedura przesłuchania trwa jeszcze godzinę, podczas której Hun Joon idealnie odgrywa rolę zwykłego, zdezorientowanego faceta i wszystko wskazuje na to, że policjant coraz mocniej przychyla się do tego, aby wypuścić go przed rozprawą, która ma odbyć się za tydzień, ale właśnie wtedy drzwi do komisariatu otwierają się i staje w nich młoda, nieszczęsna dziewczyna z przyklapniętymi włosami.
Spogląda na oskarżonego nienawistnie i mówi:
— Przyszłam złożyć zeznania.
— Kim pani jest? — Policjant marszczy brwi.
— Nazywam się Lee Rina i także padłam ofiarą tego człowieka. — Wskazuje oskarżycielsko na Hun Joona, który traci nieco z pewności siebie.
— Skąd pani wie, że oskarżony tu jest?
— Mój brat pracuje w tutejszej policji — wyjaśnia roztrzęsionym, ale zdecydowanym głosem. — Opowiedział mi o tym człowieku w ramach ciekawostki, ale od razu skojarzyłam fakty. — Spogląda w końcu na Minji i od razu łączy je nić porozumienia i wspólnych przeżyć. — Zbyt długo już milczałam. Chcę złożyć zeznania.

***

Minji wraca do domu zmęczona jak nigdy w życiu. Ma wrażenie, że wszystkie lata, w których zaharowywała się dla La Rose niemal na śmierć teraz wyszły na wierzch, wystawiając kobiecie wysoki rachunek.
Życie obeszło się z nią paskudnie.
Ten hotel to było jej dziecko, oddałaby za niego praktycznie własną nerkę, ale teraz… teraz nie jest pewna nawet, czy było warto.
Ze zmęczeniem spogląda na rozświetlone wieżowce Seulu, na śpieszących się ludzi, na dzieciaki ze słuchawkami w uszach w szkolnych mundurkach, na zapomnianych starców, siedzących przed sklepami.
Mówią, że Seul to miasto przyszłości, że kiedyś cały świat będzie żył ich tempem, na tej samej zasadzie jakości życia. Prężnie rozwijająca się elektronika, wielkie korporacje, których wieżowce pochłaniają mniejsze budynki, mające po kilkanaście lat, wysiedlani ludzie, upychani w małych mieszkankach, o zabójczej cenie czynszowej.
Miasto przyszłości.
Wie, że żyła jego tempem. Gnała wcześnie rano do pracy, funkcjonując na najwyższych obrotach, by pod koniec dnia padać zmęczona na łóżko, marząc o tym, aby budzik nie zadzwonił.
Typowa, przykładna Koreanka, istniejąca dla całego społeczeństwa a nie dla samej siebie.
Jej kraj rozwinął się dzięki temu myśleniu, że naród to jeden organizm i potrzeba większości przekłada się nad potrzebę jednostki.
Dziś są Azjatyckim Tygrysem, noszącym w brzuchu miliony nieszczęśliwszych Koreańczyków, każdego dnia rzucających się z mostu do spienionej rzeki Han.
Wstyd się przyznać, ale ona także niejednokrotnie myślała o tym, jak miło byłoby umrzeć, zakończyć tę nieludzką gonitwę za potrzebami kraju i uwolnić duszę z tego zaharowanego, wycieńczonego ciała, przyodzianego w markowe fatałaszki za grube sumki wonów.
Na zegarze wybiła już ósma wieczorem, a ona jest zmęczona. Zmęczona La Rose. Zmęczona Hun Joonem. Zmęczona wszystkim. Samym tylko istnieniem.
Stawia nieśpieszne kroki w szpilkach, które ją obdzierają i beznamiętnie wstukuje kod do klatki schodowej mieszkania.
Myśli o siostrze, wirującej w nakręconej maszynie koreańskiej pop-kultury, o jej ciemnych, pozbawionych radości oczach i zastygłej na twarzy obojętności, jakby na tym miało polegać życie już do samego końca, jakby nie mogła oczekiwać już nic więcej.
I wtedy go dostrzega, opartego plecami o drzwi jej mieszkania. Czekającego na nią zapewne tak już długo, co uwidacznia się na jego obliczu głębokim znużeniem.
Zatrzymuje się i nie wie, co powiedzieć, ponieważ w tym Mieście Przyszłości on oberwał najbardziej. Wielkie, sine pręgi zdobią mu miejsce pod noszami, a spękane usta świadczą, że przez kilka godzin musiał je nieustannie przygryzać.
Chyba oboje są dla siebie lustrzanym odbiciem wycieńczenia.
I wtedy już wie.
Jest jedynym powodem w tym pieprzonym mieście, dla którego jeszcze chadza jego ulicami.

***
— Jedź ze mną. — Zaskakuje ją tym pytaniem, gdy oboje piją herbatę przy stole w jej mieszkaniu. Późna noc zagląda do nich przez wysokie okno, zza którego można dojrzeć smukłe sylwetki rozświetlonych wieżowców.
Miasto Przyszłości. Miasto samobójców. Ich miasto.
— Dokąd? — Podnosi na niego zdziwione oczy, a jej cieniutkie, małe jak u dziecka dłonie drżą, oplecione wokół parującego kubka.
— Do Ameryki. — Patrzy na nią stanowczo, przenika w jej duszę i rozsypuje ją na kawałeczki.
Ameryka… prawie drugi koniec świata. Tak daleko od ojczyzny… jeszcze nie wie, czy to dobrze czy źle.
Z jednej strony ma wrażenie, iż nie zdoła zaczerpnąć w tym mieście kolejnego oddechu, z drugiej… wrosła w tę ziemię zbyt mocno, wyrwanie latami zapuszczanych korzeni… przeraża ją.
— Milczysz… — zauważa Allen ze smutkiem. — Myślałem, że zgodzisz się od razu.
— To nie jest takie proste. — Z równym smutkiem kręci głową.
— Nic cię tu nie trzyma — mówi — To koniec La Rose, co zamierzasz teraz robić?
— Nie wiem. W ogóle nie potrafię myśleć. — Wzrusza ramionami, a potem podnosi kubek do ust, zaczerpując niewielki łyk parzącego napoju.
— Jedź ze mną, Minji. — Allen wyciąga rękę przez długość stołu i odnajduje jej rozpalone palce. — Zostawmy ten cholerny świat i znajdźmy nowy. Proszę. Wiesz, że bez ciebie nic dla mnie nie ma znaczenia. Potrzebuję cię.
A ona potrzebuje jego słów. Każdego, które zapewnia ją o jego dozgonnej miłości. Jej ciało wciąż drży od niezaspokojonych pragnień.
— Potrzebuję chwili na zastanowienie.
— Ile? Wylatuję jutro.
— Co? — Omal nie strąca kubka ze stołu. — Tak szybko?
— Zrozum, Minji. — Uśmiecha się krzywo. — Nienawidzę tego miasta, tego kraju… tej jego krwi, która we mnie płynie. Albo się stąd natychmiast wyrwę, albo nie wytrzymam.
— Rozumiem. Doskonale. — Kobieta zwiesza głowę. — Ale niedługo proces Hun Joona. Zgłosiło się wiele poszkodowanych kobiet. Czuję, że mnie potrzebują. Muszę poprowadzić tę sprawę.
— Niczego nie musisz — przerywa jej ostro. — Nie widzisz, że cały czas działasz w ten sam, pokręcony sposób?
Patrzy na niego oszołomiona.
— Wydaje ci się, że od ciebie zależy cały świat. Najpierw wypruwałaś flaki dla hotelu, teraz chcesz stanąć na czele sprawy. One sobie poradzą, Min, poradzą sobie bez ciebie. Nie jesteś cholernym zbawicielem ludzkości.
Jego gniew ją poraża, ale niesie także ukojenie.
— Moja matka…
— Twoja matka powinna dać ci oddech. — Znów przerywa. — Żyjesz dla siebie, nie dla niej. Żyjesz dla własnych pragnień, a nie jej.
Minji czuje jak przeszywa ją ostra strzała. Sukcesy, awanse… wszystko po to, aby jej matka mogła na nią z dumą patrzeć.
Jak długo zamierza to jeszcze ciągnąć?
— Wylatuję jutro o czwartej z lotniska w Incheon. Będę na ciebie czekać. — Podnosi się z krzesła, a ona pragnie go za wszelką cenę zatrzymać.
Jest jednak jak sparaliżowana. Pozwala mu wyjść, słysząc jak pozostawia po sobie chwilowe skrzypnięcie drzwi wejściowych.
Mała samotna kobieta w Mieście Przyszłości.

***
Kolejny dzień wita Seulczyków cudownie rozpostartym na niebie słońcem. Allen nie omieszka kąśliwie zauważyć, że kraj ten nieświadomie świętuje jego wyjazd.
Bądź co bądź, jest w tym trochę racji. Zostawił tutaj za sobą popioły i zgliszcza. Skandale w gazetach i zrujnowaną spuściznę ojca, siedzącego w tym momencie w więzieniu i oczekującego na pierwszy proces.
Dopełnił woli matki, ale odchodzi także z ranami, które się zabliźnią, lecz nigdy w pełni nie zniknął z jego duszy.
Oddawszy co cięższe bagaże i mając przy sobie jedynie lekką torbę podróżną, rozgląda się uważnie po hali odlotów, czując jak serce bije mu nerwowo w piersi.
Specjalnie zabukował dwa bilety, nie jest jednak pewien, czy wykorzysta oba.
A jeżeli nie przyjdzie? Jeżeli znajdzie milion powodów by skreślić ich wspólną przyszłość? Chociażby tę piekielną różnicę wieku, która dla niego samego nie ma najmniejszego znaczenia.
Wśród przybyłych pasażerów nigdzie nie dostrzega znajomej sylwetki, a jego ciało zaczyna spinać się ze strachu.
Nie może mu tego zrobić! Przecież jej ufa! Dał jej szansę! Jest dla niego wszystkimi! Czy tego nie dostrzega?
Złość miesza się w nim z rozpaczą.
— Wszyscy pasażerowie lotu do Kalifornii, numer 30-452 proszeni są o udanie się do bramki B-12 dla klasy ekonomicznej oraz bramki B-14 dla biznes klasy. Stanowisko zostanie zamknięte za trzy minuty.
Informuje komputerowy, kobiecy głos przez głośniki.
Allen jeszcze raz uważnie rozgląda się po otoczeniu, co rusz popychany przez śpieszących się do kontroli pasażerów. Nie ma wiele czasu. Jakkolwiek jest to bolesne, musi po prostu odpuścić, chociaż jego nogi zdają się wrośnięte w ziemie.
Przecież nie opuści tego cholernego kraju bez niej! Uświadamia sobie. Już prędzej pozwoli, aby zgniły tu jego szczątki.
I wtedy ją zauważa. Wątłą, śpieszącą się sylwetkę, niemalże cień w morzu innych ciał. Oddycha z ulgą, a jego wargi pokrywa subtelny uśmiech.
Nie zawiodła go.

KONIEC

Rozdział ღ Dwudziesty Trzeci




Jakież jest zdumienie Han Rae Mi, gdy sobotniego poranka dzwonek do drzwi wyrywa ją z płytkiego snu. Półprzytomna i odziana w skąpy, satynowy szlafroczek wsuwa stopy w kapcie i człapie do drzwi, by po chwili dojrzeć w progu starszą siostrę.
— Minji? — Starsza Han mogłaby równie dobrze zobaczyć ducha, a jej zdziwienie byłoby z pewnością mniejsze niż obecnie. — A co ty tutaj robisz?
— Hej. — Minji posyła jej skruszony uśmiech. Twarz znaczą jej ślady zmęczenia, których żaden podkład nie jest w stanie ukryć. — Wpuścisz do środka marnotrawną siostrę?
— No… wejdź. — Rae Mi niepewnie przesuwa się w głąb mieszkania. Mieszkania, którym ich matka tak bardzo się szczyci, rozprawiając na lewo i prawo wśród znajomych.
Minji musi obiektywnie stwierdzić, że kilkupokojowy apartament robi oszałamiające wrażenie. Jest nowoczesny i oszklony tak, że do środka wpada masa dziennego światła, a nocą pewnie rozpościera się widok na Gangnam.
— Ładnie tu — chwali szczerze, podchodząc do okna.
— Dziękuję. — Rae Mi uśmiecha się z zakłopotaniem. — Przepraszam za bałagan. Nie mam głowy do sprzątania.
Minji od razu przypomina sobie o Allenie i mimowolnie łapie ją skurcz serca. Nie widzieli się od kilku dni. Uważała, że rozłąka ogólnie dobrze im zrobi, ale teraz tęsknota prawie rozrywa ją na strzępki.
— A ja przepraszam, że nie byłam na parapetówce — odpowiada siostrze. To zadziwiające, ale w najcięższej chwili życia nagle zapragnęła ją spotkać.
— I tak by ci się nie spodobało. — Rae Mi siada na podłokietniku eleganckiej kanapy, zakładając nogę na nogę. — Zawsze byłaś dużo poważniejsza ode mnie.
— Racja. — Minji uśmiecha się, patrząc na swoje odbicie w szybie.
— Płakałaś? — Głos siostry brzmi niepewnie.
— Aż tak widać?
— Wyglądasz jak chodząca śmierć.
Kolejny uśmiech wykwita na wargach Minji.
— I chyba czuję się martwa — odpowiada z przygnębieniem.
— Chcesz zapić to winem? — proponuje siostra. — Mam najlepsze roczniki. Nieźle uderzają w głowę.
— Poważnie?
— A jak! Coś muszę robić, żeby przetrwać w tym cholernym show-biznesie. — Ton Rae Mi jest na tyle zgorzkniały, że Minji od razu posyła jej zaskoczone spojrzenie.
Nigdy nie sądziła, że jej młodsza siostra także może być nieszczęśliwa. To dla niej coś nowego. Zawsze miała ją za przykładną córunię mamusi. Tymczasem te piękne, wyraziste oczy są pełne smutku i zmęczenia.
— No co? — Rae Mi musi doskonale znać jej myśli, bo uśmiecha się kwaśno. — Myślisz, że kocham to, co robię? Każdego dnia myślę, że w końcu połknę garść tabletek i z tym skończę.
— Rae Mi! — Minji piorunuje ją zszokowanym spojrzeniem. — Nawet tak nie mów! Potrzebuję cię! — Niespodziewanie podbiega do niej i obejmuje z całej siły. — Obie potrzebujemy siebie nawzajem.
Czuje, jak siostra drży w jej ramionach. Wydaje się taka malutka i bezbronna. Trudno wyobrazić sobie, co przeszła w tak brutalnym świecie jak show-biznes.
— Przepraszam. — Minji całuje ją po włosach. — Obiecuję, że teraz będę lepszą siostrą.
— Ja tak samo. — Rae Mi prostuje się, ocierając drobne łzy. — A teraz wino! Musimy koniecznie spić się do nieprzytomności i opowiedzieć sobie wszystkie żale, zgoda? Żadna nie będzie przed drugą niczego ukrywać.
— Zgoda.

***
— Czego chcesz? — Jang Ju Yong spogląda na Allena wrogo, zmierzając ku niemu przez rozświetlony latarniami park blisko jego domu. Nad światem zapadł już zmierzch i jego postać wydaje się nieco upiorna. — Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty niż odbierać smsy od ciebie? — Nawiązuje w ten sposób do wiadomości, którą otrzymał jakąś godzinę temu, w której Song prosił go o spotkanie we wskazanym miejscu.
— A jednak przyszedłeś — zauważa Allen spokojnie.
— Jeżeli masz ochotę na drugą rundę sprania ci mordy to zawsze jestem chętny — odpowiada Ju Yong bojowo.
— Nie ma takiej potrzeby. — Chłopak sięga do kieszeni spodni i wyjmuje z niej małego pendrive’a. — Chciałem cię przeprosić.
Ju Yong chwile milczy, wpatrując się w przedmiot na dłoni przyjaciela takim wzrokiem, jakby spodziewał się samozapłonu. Potem pyta z niedowierzaniem.
— Zupełnie oczadziałeś, Song?
— Nie. Chcę, żebyś to zobaczył.
— A co to kurwa jest?
— Prawda o moim ojcu. — Głos Allena jest zbolały. — Masz racje, to ktoś z mojej rodziny przyczynił się do twojej tragedii, ale jeżeli musisz kogoś winić, niech to przynajmniej będzie mój ojciec. Prawdziwy sprawca.
— O czym ty mówisz? — Ju Jong spogląda na niego z pod zmarszczonych brwi niczym na jakiegoś wariata. — Przerażasz mnie, chłopie.
— Po prostu to obejrzyj. Wtedy zrozumiesz.
Ju Jong się waha, ale ostatecznie bierze pendrive’a.
— Dobra, ale jak to jakiś wirus, który zjebie mi kompa, to urządzę ci piekło stulecia, rozumiesz Song?
— Tak.
Ju Jong cały czas przypatruje mu się jak jakiemuś dziwadłu. To, że Allen nie zamierza się bronić ani pyskować, jest dla chłopaka czymś zupełnie nowym i niezrozumiałym.
Allen odwraca się i zmierza drogą powrotną, gdy słyszy za plecami głos przyjaciela.
— Nakopię ci do dupy jak to jakiś żart! — I chociaż słowa nie brzmią przyjemnie, na twarzy Allena wykwita coś na kształt uśmiechu. Wcisnąwszy dłonie do kieszeni spodni, rusza przed siebie oświetloną dróżką parku miejskiego.

***
Niedzielny poranek wita Min Ji potężnym kacem, ohydnym smakiem wina w ustach i… denerwująco dzwoniącym telefonem, którego irytujący dźwięk ani na moment nie przestaje wdzierać się do uszu śpiącej obok siostry kobiety.
Po wczorajszej libacji Min Ji urwał się film i chyba nigdy w życiu nie wylała takiego morza łez, opowiadając Rae Mi zarówno o Hun Joonie jak i Allenie, złoszczące się na cały świat, że obdarzyła jakiegoś gówniarza tak silnym uczuciem.
Co dziwniejsze, Rae Mi wcale jej nie potępiła, nie włączyła trybu matki, głosząc wszem i wobec mądrości na temat podłości mężczyzn. Nie wyśmiała także ani nie oburzyła się różnicą wieku. Poklepała jedynie siostrę po ramieniu i z głębokim zamyśleniem rzekła.
— Miłość jest chorobą, musi boleć, ale wiesz co? Wbrew wszelkiemu rozsądkowi warto na nią zachorować.
Teraz Min Ji odpokutowuje tamten wieczór stanem porównywalnym do stanu zombie, kiedy sięga po komórkę i na oślep przeciąga zielony przycisk.
— Halo? — Nawet nie sprawdziła kto dzwoni.
— Han, to ty? Masz jakiś zmieniony głos.
— A kto mówi?
— Jak to? Nie poznajesz? To ja Gun.
— Ach, Gun, witaj. — Kobieta przeciera zmęczoną twarz i szturchnięta przez nogę siostry, zrozumiała, że ma się natychmiast wynieść z pokoju, bo ona nadal chce spać.
Zwleka się więc z łóżka i drepcze do kuchni z telefonem przy uchu.
— Coś ty robiła do tego czasu? — Po drugiej stronie słychać nerwowy głos mężczyzny. — Zaglądałaś w ogóle do sieci? Albo chociaż sięgnęłaś po gazetę?
Ręka Min Ji zastyga w połowie drogi do lodówki, gdzie ma nadzieje znaleźć coś do picia. No cóż, musi na razie się wstrzymać, bo oto wszystkie jej zmysły wyostrzają się czujnie.
— Nie? O co chodzi, Gun! Zawalił się świat czy jak?
— Siedzisz?
— Nie, a co?
— To usiądź, jak cię proszę.
— Gun, to nie jest śmieszne, ja się boję — oznajmia kategorycznie, ale posłusznie odsuwa sobie krzesło przy wyspie kuchennej i siada. — Dobra mów.
— Wybuchł ogólnokrajowy skandal, związany z naszym hotelem.
— Z La Rose?
— A pracujesz w innym hotelu, Han? — pada ironiczne pytanie, które nijak pasuje do Guna, a więc ogólnie świadczy, że mężczyzna jest poważnie wytrącony z równowagi.
— Ale co się dzieje? Jaki skandal? — Min czuje jak wczorajsze wino podchodzi jej do gardła.
— Najlepiej jak sama to sobie przeczytasz, ale w skrócie mówiąc, nasz dyrektor podtruwał własną żonę psychotropami, po których miała halucynacje, traciła zmysły… chciał ją uczynić niepoczytalną… Han, jesteś tam?
— Tak.
— I tyle? Nic nie powiesz? — Gun jest autentycznie zdziwiony.
— Nie wiem, co mam powiedzieć. — Min Ji czuje w sobie jedynie niewyobrażalną pustkę. Zero gniewu, zero czegokolwiek.
— Nie wydajesz się ani trochę zdziwiona. Han, masz pojęcie jakie mamy problemy? Jak nic La Rose pójdzie na dno, wszyscy stracimy pracę! Już teraz oburzeni klienci wymeldowują się z pokoju i większość rezerwacji została anulowana.
— O Boże…
— Właśnie. To poważna sprawa.
— Gun ja… muszę kończyć.
— Ale Han…
— Trzymaj się. Jeszcze zadzwonię. — Mówiąc to, rozłącza się szybko, a jej dłoń z telefonem bezwiednie opada na jej nogę.
Nie potrafi zebrać ani jednej sensownej myśli. To się stało.
Allen to zrobił.
Ostatecznie pogrążył ojca.
— Jezu, głowa mi pęka, jak nic potrzebuje aspiryny. — Do kuchni wchodzi rozespana Rae Mi.  — Zerka na siostrę kątem oka. — Wszystko gra?
— Chyba właśnie straciłam pracę — oznajmia Minji nieswoim głosem.
— Co? Jak to? — Rae Mi natychmiast zapomina o aspirynie, lokując całą uwagę w starszej siostrze. Kiedy nie uzyskuje odpowiedzi, zaczyna snuć własne domysły. — Chodzi o Allena? Odkryli wasz romans?
— Nie. Boże, nie miałam pojęcia, że w ogóle to zapamiętasz! I nie, nie mamy romansu! — burzy się Minji.
— Głupia, ja bym mu od razu wskoczyła do łóżka.
— Przestań! Słyszałaś, co powiedziałam?
— Jasne, ale wciąż nie rozumiem z jakiego powodu miałabyś stracić pracę, Min Ji. Przecież jesteś podporą tego hotelu, tak? Bez ciebie nie dadzą sobie rady.
— Wybuchł skandal. — Minji chowa twarz w dłoniach, głośno wzdychając. — Muszę zadzwonić do Allena, teraz. Natychmiast!
— Ale Minji! Czekaj! — Rae Mi wyciąga po nią rękę, ale kobieta już wybiega z kuchni, zawzięcie stukając na telefonie numer do niego.