Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzywe Niebo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzywe Niebo. Pokaż wszystkie posty

Odcinek 7: Concealment cz.III - ostatni.

Akido snuł się jak cień po szpitalnym korytarzu. Sterylny zapach podłóg przyprawiał go o ból głowy. A może to z powodu nerwów?
Niedaleko stąd, na sali operacyjnej przebywał Ren. Mężczyzna wciąż niedowierzał, że raptem dwie godziny temu odebrał najdziwniejszy telefon swojego życia.
Był wtedy jeszcze w pracy. Załatwiał kontrakt na reklamę najnowszego modelu komórkowego. Sukces oznaczałby, że to właśnie członkowie New York City promowaliby nowy gadżet. Sama firma elektroniczna była zainteresowana współpracą. Zarobiliby niezły kawałek szmalu.
Właśnie wtedy zawibrował jego telefon. Akido nie miał zamiaru odebrać. Nigdy nie odbierał podczas ważnych czynności, ale wówczas coś go tchnęło. Kiedy zobaczył na wyświetlaczu Rena wiedział już, że będzie żałował tej rozmowy. Wcale się nie pomylił.
— Ren? Wiesz, która jest godzina?
— Nie udawaj, że śpisz.
— Co się dzieje? Dlaczego masz taki dziwny głos? — Akido zerwał się z krzesła jak oparzony.
— Zostałem napadnięty. Potrzebuje pomocy.
— Że co?! — Menager mimowolnie krzyknął. — Gdzie jesteś?
— Przy moście „Rainbow” w dzielnicy Minato.
— Trzymaj się. Już tam jadę.
Akido porwał w biegu kurtkę z oparcia krzesła. Jeszcze nigdy nie gnał samochodem tak jak wtedy. Złamał chyba wszystkie przepisy ruchu drogowego, ale wtedy liczył się tylko Anioł Japonii. Mężczyzna już wyobrażał sobie kolejną sensacje z udziałem Rena. Nie mógł do tego dopuścić, ale wiedział też jedno – nie tylko dlatego tak bardzo się bał. Martwił się. Jakkolwiek nie chciał dopuścić do siebie tej myśli, gdzieś na dnie duszy był świadom, że to prawda. Traktował Rena jak syna.
Znalazł go pod mostem. Chłopak leżał samotnie. Wyraz jego twarzy zdradzał ogrom bólu, który odczuwał. Akido rozważał, czy wezwać karetkę, ale ryzyko było zbyt wielkie. Ostatecznie zapakował Rena do samochodu i sam zawiózł go do szpitala.
A teraz krążył w tę i we tę, co rusz zerkając na zegarek. Dlaczego operacja tak długo się przeciąga? Nie potrafił zrozumieć, co Ren robił w środku nocy w tak odludnym miejscu. Historyjka z napadem jakoś nie trzymała się kupy, zwłaszcza, że dziwnym trafem ucierpiała tylko noga. Reszta ciała nie nosiła żadnych śladów pobicia.
Tym razem nie zamierzał bawić się w anonimowość. Rena przyjęto do szpitala bez zbędnego kombinowania. Za chwilę prasa o wszystkim się dowie, ale dla Akido jakoś nie miało to znaczenia. Już nie.
W samochodzie, w drodze do szpitala, wioząc poszkodowanego Anioła Japonii, uświadomił sobie, że brzydzi się samego siebie, że nie jest człowiekiem, który z dumą spojrzałby na własne odbicie.
Co on do cholery wyprawiał? Dlaczego nie wezwał karetki? Wtedy zrozumiał, że już dłużej nie może postępować w ten sposób. Cokolwiek powie na ten temat pan Yamamoto, Akido postanowił słuchać sumienia.
Nie był już tą samą osobą, która rok temu domagała się przyjęcia anonimowo Rena do szpitala, która postawiła na szli jego zdrowie i przeciągała agonie bólu tylko po to, by uchronić jego wizerunek. Teraz grał w otwarte karty i czuł się z tym tak dobrze, jak nie czuł się od wielu lat.
Nagle dostrzegł idącego w jego stronę lekarza, który zdjął z twarzy maskę ochroną.
— Operacja się udała. Kość powinna za jakiś czas zrosnąć się prawidłowo.
Akido odetchnął z ulgą, a zarazem strapił się. Noga mogła się zagoić, ale było pewne, że Ren już nigdy nie będzie sprawnie tańczył i zastanawiał się, czy nie właśnie o to Renowi chodziło.

***

Tydzień później.

— Zabije cię! — Pan Yamamoto miażdżył Rena gadzim spojrzeniem. W tamtej chwili wyglądał, jakby naprawdę umiał kąsać, a jego kły miały zdolność wstrzyknąć jad pod skórę człowieka.
Ale Ren nie odczuwał strachu. Siedział w szpitalnym fotelu, z zagipsowaną nogą wyciągniętą przed siebie. Niczego nie żałował.
— To koniec. — Wzruszył ramionami. — Już nic dla pana nie mogę zrobić.
— Zniszczę cię! Pozwę do sądu! Trafisz do więzienia, ty pieprzony szczylu! Synu małpy! — Mężczyzna rzucał się w szale gorączki. Jego szyja pulsowała nabrzmiałymi żyłami, oczy były przekrwione, a nozdrza rozchylały się szaleńczo pod wpływem spazmatycznie wciąganych oddechów. — Myślisz, że nie wiem, że zrobiłeś to specjalnie?!
Ren posłał panu Yamamoto chłodne spojrzenie.
— Nic, absolutnie nic nie może pan zrobić w tej sytuacji.
— Naruszyłeś kontrakt! Wisisz mi teraz grube miliony! — Rozległ się wrzask.
— W tym wypadku kontrakt okazał się pana zgubą. — Ren czuł satysfakcje wypowiadając te słowa. Z rozkoszą patrzył jak z twarzy producenta odpływa kolor. — Doznałem trwałego uszczerbku na zdrowiu, a jeżeli to stoi na przeszkodzie, by wywiązać się z umowy, to jest ona automatycznie anulowana bez ponoszenia odpowiedzialności. Tym razem badania lekarskie stanowczo potwierdziły, że moja noga już nigdy nie odzyska dawnej sprawności, a to oznacza, że mogę legalnie i bez winy zerwać naszą umowę. Nie powinno być to nic zaskakującego, skoro sam pan rozważał, by mnie na kogoś wymienić.
Pan Yamamoto otworzył usta, by coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknął. Jego oczy ciskały piorunami. Dygotał z wściekłości i dał upust swojemu gniewowi uderzając pięścią w ścianę.
— Udowodnię, że zrobiłeś to specjalnie! Zniszczę cię, popaprańcu! Zniszczę, słyszysz?! Tylko ja mogę zdecydować kiedy odejdziesz! Tylko ja! Nawet, gdybym wymienił cię na tuzin innych wokalistów, wciąż należysz do mnie, do wytwórni! Nigdy nie pozwolę ci odejść!
— Nudzi mnie słuchanie o tym w kółko. — Ren prychnął ostentacyjnie. — Na pana miejscu dobrze bym się zastanowił, czy warto to robić. Ani prasa, ani fani nie przyjmą ciepło wiadomości, że wytwórnia prześladuje Anioła Japonii, który poważnie cierpi tylko dlatego, że został naruszony kontrakt. W jakim świetle to postawi pański biznes? Chce pan pokazać krajowi swoją prawdziwą, rządną zysku twarz?
Mężczyzna wydał z siebie dziki wrzask. Ren nigdy nie słyszał czegoś równie psychodelicznego, ale taki właśnie był rzucający się przed nim człowiek. Czuł ulgę, że zdołał się od niego uwolnić.
— Przysięgam, że kiedyś tego pożałujesz! Dotrzymam słowa! — Producent krzyknął w jego stronę ogłuszająco, by szaleńczo opuścić salę, w której rozmawiali.
Kiedy zniknął za drzwiami, Ren odetchnął z ulgą i głębiej zapadł się w fotel. Nigdy nie sądził, że uda mu się stoczyć tak decydującą walkę i do tego zwyciężyć. Ale tego właśnie dokonał.
Raz na zawsze uwolnił się od pana Yamamoto, od bycia zabawką przemysłu rozrywkowego. Był wolny, naprawdę wolny.

***

Drzwi rozsunęły się i do sali wszedł Akido. Ren oderwał wzrok od okna, za którym rozpościerał się widok na zachodzące słońce. Nigdy nie czuł tak błogiego spokoju, jak właśnie wtedy.
— Podziwiam cię — odparł cicho menager.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Udało ci się przechytrzyć bestię. — Akido uśmiechnął się pod nosem. — Dałeś sobie złamać nogę, by zyskać wolność.
— Do niczego się nie przyznam. — Ren popatrzył na niego spokojnie.
— Nie mam zamiaru cię do tego zmuszać. Prawdę mówiąc, ja… jestem szczęśliwy, że to zrobiłeś. Ten rok… on był naprawdę piekłem dla ciebie. Afera z Rikuto, złamana noga, poszukiwania nowego lidera w zespole, proces przeciwko Rikuto, a potem ten skandal z Angeliną. — Akido zachował ostrożność przy wypowiadaniu ostatnich słów, obserwując jak ciało Rena się napina.
— Nie chcę o niej słuchać.
— Musisz coś wiedzieć. — Mężczyzna zbliżył się o krok do chłopaka. Ten spojrzał na niego pytająco.
— Tak?
— Angelina… ona… została zmuszona, by skłamać przed prasą.
— Przyjęła pieniądze. Sam widziałem. — Ren wykrzywił sarkastycznie usta. Wspominanie to wciąż sprawiało mu ogrom bólu.
— Przyjęła je, żebyś uwierzył, że to zrobiła. Yamamoto ją do tego zmusił. Zagroził, że w przeciwnym razie, wsadzi cię do więzienia.
Ren, gdyby mógł, poderwałby się na równe nogi. Zamiast tego wykonał niespokojny ruch w fotelu. Przypomniał sobie, jak pan Yamamoto sam wygadał niechcący coś podobnego.
— To prawda? — Wolał się upewnić.
— Tak. — Akido ze skruchą spuścił wzrok. — Nigdy by cię nie zdradziła, gdyby nie została zaszantażowana. Ratowała twoją skórę, Ren. Mówię ci to, ponieważ teraz nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś ją odnalazł.
— Brałeś w tym udział! — Ren spojrzał wściekle na menagera. — Masz aż tak zimne sumienie!? Byłeś gotowy zniszczyć mi życie, byle tylko zachować w sekrecie prawdę o mnie i o Nanie!? Kim ty do cholery jesteś!?
— Masz prawo być wściekły. Nie oczekuję przebaczenia. — Akido wciąż nie podnosił wzroku z posadzki. Z pokorną przyjmował złość podopiecznego. — Teraz mówię ci prawdę. Potraktuj to, jako słabe zadośćuczynienie.
— Wyjdź! Nie chcę cię widzieć! Wynoś się! — Ren wskazał palcem na drzwi, nie mogąc znieść widoku menagera. Może za jakiś czas uda mu się przebaczyć, ale jeszcze nie teraz.
Teraz myślał tylko o Angelinie, o tamtej kłótni w ogrodzie i potarganych pieniądzach, o tym, że pozwolił jej odejść, nienawidząc jej.

***

Dwa miesiące później.

Na pierwszy rzut oka wydawała się najnormalniejszą dziewczyną pod słońcem. Może lekko nieśmiałą, ale na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles nie brakowało takich osób. Nie była jedyna.
Dzieliła akademicki pokój z równie nudną współlokatorką co ona. Dogadywały się, rozmawiając ze sobą sporadycznie. Większość czasu pożytkowały w bibliotece bądź na mieście, gdzie Angelina snuła się bez celu po słonecznych deptakach, zatrzymując wzrok na witrynach sklepowych, za którymi nic nie było w stanie ją zainteresować.
Należała jednak do klubów studenckich, udzielała się w wolontariacie. Na wakacje planowała wyjazd do Kenii razem z grupą ochotniczą, by pomagać biednym rejonom państwa nieść powiew medycyny.
Na wykładach była aktywna. Uczestniczyła w wielu projektach, a czasami wychodziła ze znajomymi do klubów. To pozwoliło jej wtopić się w typowo studencką rzeczywistość. Pozostać obojętną dla plotek i dociekań.
Ale w środku była usychającym kwiatem. Spragnionym wody, którą amerykańska ziemia nie potrafiła napoić. Dręczonym nocami napływem pełnych wspomnień snów o Aniele, który co rusz upada i łamie nogę. Przeszywanym w najmniej oczekiwanych momentach ostrzem tęsknoty, chęci powrotu i naprawienia błędów, które zostały w Japonii.
Była kwiatem, który czekał na to, co nigdy nie nadejdzie.
Za kamuflażem normalnego życia wygasała w niej ostatnia nadzieja, że kiedyś jeszcze go zobaczy.

***

 Morze fanów. Pomachał do nich z wysokości schodów. Japonia była w żałobie. Trochę go to śmieszyło, trochę przerażało. Nastoletnich obywateli ogarnęła czarna rozpacz niczym w dniu tragedii, kiedy giną dziesiątki osób.
Zebrali się teraz przed domem wytwórni, gdzie rezydował razem z zespołem przez ostatnie lata. Poprzez transparenty i okrzyki próbowali pokazać mu jak bardzo go kochają. Rozpaczali, że nie może powrócić do śpiewania, przeklinali anonimowego napastnika, który zaatakował go tamtej nocy pod mostem „Rainbow”. Nie dociekali co tam robił. Byli tu i okazywali mu swoje wsparcie.
Patrząc na nich widział dzieciaki, które ubóstwiały go ponad wszystko, a wśród nich również tych, którzy nienawidzili go z całego serca. Byli baterią napędzającą cały jego chory świat, nieświadomi, że to przez nich nigdy nie poczuł się naprawdę dobrze w muzyce.
A jednak kochał ich na swój sposób. Uśmiech, który im posyłał był w ostateczności pierwszym szczerym uśmiechem, jaki podarował fanom od czasu debiutu New York City.
Niektóre twarze rozpoznawał, co wydawało się absurdalne. Te same grupy klubów fanowskich, te same dziewczyny, piszczące na jego widok. Były wszędzie tam, gdzie on, śledziły każdy jego krok niczym cień podążający za ciałem. Czasami miał ich dosyć, pragnął wymazać je ze swego życia. Teraz dostrzegał ich maniakalną wierność, ogromne przywiązanie.
Miał wyrzuty sumienia, że zostawia ich wszystkich w ten sposób. Zapewne muzyka zapamięta go na długo, fani również będą wspominać go przez jakiś czas, ale wszystko, z biegiem lat ulegnie zatarciu. Ktoś inny zyska miano Anioła Japonii, ktoś inny zyska potęgę i przekleństwo ich uwielbienia.
Ren schodząc po schodach, w asyście ochroniarzy, do czekającego samochodu wiedział, że dla niego ten czas dobiegł już końca. Oderwał z pleców białe skrzydła, opuścił Krzywe Niebo.
Anioł Japonii przemienił się w człowieka. Wreszcie.

***

— Alina, do zobaczenia wieczorem! — Skyler, wysoka blondyneczka o słodkich, orzechowych oczach wsiadła do sportowego auta i pomachała na pożegnanie.
Angelina odwzajemniła gest i poprawiła na ramieniu torbę, uginającą się pod ciężarem opasłych tomów. Medycyna nie była łatwym kierunkiem. Niczego nie dało się wykuć, każdy termin należało rozumieć. W przyszłości przecież w jej rękach będzie znajdować się ludzkie życie.
Weszła przez dwuskrzydłowe drzwi na teren uniwersytetu. Marmurowe podłogi, szerokie korytarze i gablotki szczycące się zdobyczami uczelni nadawały temu miejscu uroczystej surowości.
Studenci chadzający tędy na co dzień nie byli laikami, ale zdobywcami prestiżowych stypendium bądź dziećmi zamożnych rodzin. Jedno było pewne – każdy tutaj poważnie myślał o przyszłości.
Angelina przywitała się z woźnym, który codziennie szorował tutejsze podłogi punkt ósma rano. Był spracowanym człowiekiem w szarym uniformie, którego uśmiech potrafił rozweselić nawet najbardziej pochmurny dzień, chociaż tych w Kalifornii nie było zbyt wiele.
Do zajęć pozostało jeszcze kilka minut. Sięgnęła po komórkę i połączyła się z siecią. Od wielu dni szalała z niepokoju, kiedy tylko wyczytała o poważnym stanie zdrowia Anioła Japonii i definitywnym zakończeniu przez niego kariery.
Tamtego wieczoru, gdy dowiedziała się o tym pierwszy raz, nie mogła powstrzymać łez. Z jakiegoś powodu uważała, że to jej wina. Gdyby potraktowała go inaczej być może Ren nie pakowałby się w kłopoty.
Cóż jednak mogła zrobić? Zadzwonić do niego? Doskonale pamiętała ten dziwny okres, kiedy próbowała wytłumaczyć mu, dlaczego nie przyszła się pożegnać pod koniec obozu. Wtedy również miotała się sama ze sobą, pragnąc być z nim, wspierać go, a zarazem nie mogła mu ofiarować tego, co chciała.
Oglądała teraz jego zdjęcia wśród tłumu fanów. Jego uśmiech był łagodny i spokojny. To ją pokrzepiło. Cokolwiek się stało, Ren wyglądał na zadowolonego. Skoro kontrakt z wytwórnią został anulowany to może w końcu zyskał upragnioną wolność?
Chłonęła głodnym wzrokiem rysy jego twarzy, oprawę oczu i kształt ust. Zarys nosa i linię żuchwy. Potem ramiona napięte pod materiałem czarnej koszulki. Pasma brązowych włosów opadających na czoło. Pamiętała czasy, gdy była tak blisko niego, iż mogła je odgarnąć i poczuć pod palcami ich miękki dotyk.
Tęsknota prawie rozerwała jej serce. Co miała zrobić, by o nim zapomnieć? Dokąd się udać? Jakie lekarstwo zażyć? Dlaczego żyła pełnią życia, a zarazem czuła się martwa? Żaden sukces nie miał znaczenia, kiedy brakowało jej najważniejszej osoby.
Przymknęła oczy i odsunęła głowę w tył, aż oparła ją o chłodną ścianę. Już nie miała siły z tym walczyć. Uczuć nie dało się stłumić, wspomnień wymazać, a serca oszukać.
Kochała go. I być może nigdy nie przestanie. Ta miłość będzie towarzyszyć jej we wszystkich czynnościach dnia. Nigdy się od niej nie uwolni. Nie chciała tego nawet.
Wtedy usłyszała skrzyp otwieranych drzwi. Echo czyiś kroków odbiło się wyraźnym dźwiękiem na posadzce. Ogarnęło ją dziwne przeczucie. Bała się otworzyć oczy, by je zmącić, ponieważ napawało ją nadzieją oczekiwania.
Kroki zatrzymały się, a na korytarzu nastała cisza, Angelina poczuła jak całe jej ciało wibruje. Skąd się to wzięło?
Otworzyła oczy. Myślała, że kolejny raz śni, ponieważ go zobaczyła. Stał tuż przed nią w lekkim rozkroku, z kciukami zaczepionymi o brzegi kieszeni spodni. Wyglądał oszałamiająco jak zwykle, ale tym razem nie dzięki scenicznej stylizacji. Był piękny, ponieważ coś w jego życiu się zmieniło. Gdzieś zniknął poprzedni smutek i zmęczenie, zniechęcenie kolejnym dniem.
— Sądziłaś, że to koniec? — Ugięły się pod nią nogi, kiedy w korytarzu rozbrzmiał jego głos. — Myślałaś, że więcej mnie nie zobaczysz?
Bez słowa, za to ze łzami w oczach przytaknęła. Zbliżył się do niej. Już z daleka poczuła słodki zapach jego ciała, ale wciąż nie miała odwagi poruszyć się i zmącić snu.
— Brzydka z ciebie kłamczucha, Alina. — Uśmiechnął się łobuzersko. — I szalenie odważna. Chciałaś, żebym cię znienawidził, ale to niemożliwe.
— Co z twoją nogą? — Jakby nie słysząc jego słów, spojrzała na nogę chłopaka. Była wsunięta w szynę. Dlatego stawiał tak głośne kroki, lekko utykał.
— Biedaczka jest złamana. Wciąż się goi i boli jak cholera — odpowiedział, śmiejąc się kpiąco. — Musiała się poświęcić. Nie jest mi jej szkoda, bo spójrz gdzie jestem! — Wskazał ręką cały korytarz. Nie odrywał od Angeliny wzroku, chłonąc jej twarz z utęsknieniem.
— Śnię? — Odważyła się w końcu zapytać. Wtedy złapał ją za rękę. Czuła to! Czuła ten dotyk i czuła to ciepło! Istniał!
— A jak myślisz?
— Że jesteś prawdziwy, ale jak to możliwe?
— Kontrakt jest nieważny, Alina. Jestem wolny, mogę iść gdzie zechcę i robić co zechcę. A w Ameryce nikt nie ma pojęcia kim jestem. — Roześmiał się szczęśliwy. — Chodzę swobodnie po ulicach i nikt mnie nie zaczepia.
— Przepraszam. — Popatrzyła na niego ze smutkiem. — Te pieniądze, ja nie chciałam. To wszystko musiało tak wyglądać.
— Cicho, ja wszystko wiem! — przerwał jej. — Dlatego tu jestem, nie rozumiesz? Nie pozwolę ci już nigdy odejść. Przysięgam.
Uśmiechnęła się przez łzy. Ten sen nie mijał, musiał zatem być prawdziwy. Powoli się do tego przekonywała.
— Więc wybaczyłeś mi?
— Już dawno. — Skinął głową, by następnie delikatnie pogładził ją po policzku.
— A co z Naną?
— Mieliśmy oficjalne rozstanie trzy dni temu. To koniec. Tamten świat już zostawiłem za sobą.
— I zjawiłeś się tu — zauważyła z oszołomieniem.
— By cię odnaleźć. Bałem się, że cię nie znajdę, że ukryłaś się gdzieś przede mną. — Mówił szybko. — Ale na szczęście jesteś.
— I co teraz będzie? Z nami? — Chciała wiedzieć. Już się domyślała, ale potrzebowała to usłyszeć prosto od niego. W piersi czuła napełniającą ją radość.
— Zostanę tutaj, u twego boku — odparł, jakby to była oczywista rzecz. Roześmiała się cicho. Stanęła na palcach, a potem zarzuciła mu ręce na szyję.
— I bardzo dobrze, bo już więcej nie zamierzam cię stracić — powiedziała stanowczo, by następnie go pocałować.
Utonęła calutka w jego ramionach i obsypywała go pocałunkami, gaszącymi jej wielotygodniową tęsknotę i rozpacz.
Anioł sfrunął do niej z bardzo wysoka. Był trochę okaleczony, za to jakże szczęśliwy!
Prawie słyszeli odfruwające w dal inne anioły, łoskot zatrzaskującej się za nimi bramy. Wiedzieli to. Byli pewni. Już nigdy więcej nie powrócą do Krzywego Nieba.

THE END.


        Poprzedni rozdział


 ***
Opowiadanie już dobiegło końca. Było dość długie w porównaniu do Księcia z Piekła Rodem czy Serca Morza. Mimo wielu upadków weny i nieraz zlej jakości niektórych rozdziałów cieszę się, że udało mi się napisać tę historię, a jak wspominałam na początku jest to historia odgrzana, gdyż pisałam ją pierwszy raz mając 12 lat i zawsze chciałam odtworzyć ją na nowo, w nieco bardziej przemyślanej formie. Przepraszam Was za wszystkie błędy i potyczki. Staram się pisać coraz bardziej poprawnie, ale nie zawsze mi to wychodzi tak, jakbym sobie życzyła. :) Mam też nadzieje, że takie zakończenie Was zadowala. Po smutnej końcówce Księcia z Piekła Rodem postanowiłam nie psuć już związku Angeliny i Rena. A musicie wiedzieć, że pierwotna wersja miała smutne zakończenie, które potem miało swoją kontynuacje w drugiej części pt. "Krzywe drogi". Niestety nie planuje kontynuować "Krzywego Nieba" dlatego postanowiłam dać tu dobre zakończenie. :) Dziękuje, że byliście ze mną!

W szczególności chciałabym podziękować:

Cold_Princess

Snooki

Gatito :*


Wytrwałyście ze mną do końca. Jesteście wielkie! 

Jeżeli chodzi o nowe opowiadanie, to postanowiłam czegoś nowego. Będzie ono zapewne publikowane na tym właśnie blogu, ale bohaterami w 100% nie będą sami Azjaci. Mam nadzieje, że się wam spodoba.  

http://www.wattpad.com/story/29955156-foul-love-soon

 W rolach głównych: Kim Woo Bin i Nina Dobrev.

Opis na Wattpadzie i tu, na blogu już niedługo!
Nie wiem, kiedy konkretnie pojawi się pierwszy rozdział!

Odcinek 7: Concealment cz.II


Dziwnie było spędzić te ostatnie dwa tygodnie w rodzinnym domu, gdzie ściany każdego pomieszczenia nasiąknięte były wonią wspomnień. Gdziekolwiek spojrzał, tam powracały do niego w postaci wydarzeń z przed lat, które odtwarzał w głowie w nieskończoność.
Iwasao Ren wracał do życia. Jego zraniona dusza przechodziła skuteczną rehabilitacje w miejscu, o którym do tej pory myślał jedynie sporadycznie.
Matka mu dogadzała. Czasem z trudem uświadamiał tej wątłej kobiecie, że nie jest już dzieckiem. Ona starała się nadrobić te wszystkie lata, kiedy straciła synów, gdy ci mieli zaledwie po czternaście lat. Na swój sposób umiał ją zrozumieć, co nie oznaczało, że jej matkowanie mu się podobało.
Nauczył się niezależności. Przywykł do niej. Ktoś mógłby pomyśleć, że to niemożliwe w środowisku celebrytów, gdzie każda gwiazda ma do dyspozycji sztab asystentów.
Ale nie, on, Ren Iwasao był niezależny i polegał wyłącznie na sobie. Jeszcze do niedawna sam Ihyia dryfował na morzach życia z dala od niego. Te lata przyzwyczaiły go do myśli, że jest samowystarczalny, że sam wszystko sobie załatwi.
Może dlatego takim ciosem było odejście Angeliny. Nie mógł wpłynąć na jej decyzje, a tym samym cała sytuacja wymknęła mu się z pod kontroli. Nagle samowystarczalność przestała mieć znaczenie. Zaczął potrzebować drugiego człowieka, potrzebował Angeliny.
Myślał, że ta rana, zadana w tak bezwzględny i nagły sposób, nigdy się nie zagoi. Ale im więcej poranków budziło go brzaskiem słońca i im więcej nocy zapalało się milionem gwiazd, tym bardziej jego serce nabierało spokoju, a ból odchodził.
Któregoś dnia obudził z ochotą na spacer. Już nie miał potrzeby wiecznie siedzieć w czterech ścianach dusznego pokoju, z wiecznie zatroskaną matką u boku.
Był jej wdzięczny za wszystko co zrobiła. Nawet ojciec się spisał. Wprawdzie nie wylewał na młodszego syna zbyt wielu czułości, ale okazał mu potrzebną siłę i zrozumienie.
Tamtego dnia, gdy Ihyia wraz z Iro przywlekli zniechęconego Rena pod progi rodzinnego domu, to właśnie pan Iwasao stanął w drzwiach i jako pierwszy spojrzał na syna.
Nie pytał o wiele. Zadowolił się informacją, że Ren przeżywa teraz trudny okres. Przyjął go bez najmniejszego sprzeciwu, ku uciesze żony. Chociaż gazety wciąż pisały o stanie nogi Rena i jego utrudnionym powrocie do zespołu, ojciec domyślał się, że za fatalnym samopoczuciem jego dziecka stoi jakaś dziewczyna.
Matka spojrzała na Rena, gdy ten stanął w kuchni. Od razu zauważyła, że jest jakiś odmieniony. Na jego ustach błąkał się nieznaczny uśmiech, umył włosy i starannie je zaczesał, co nadało mu zupełnie nowego wyglądu. Jakby narodził się nowy człowiek i pewnym sensie właśnie tak było.
— Ren… — Wyciągnęła do niego stęsknione dłonie, a on je pochwycił i przyciągnął do siebie.
— Spakuje dziś walizki — oznajmił. Wiedział, że to sprawi matce ból, ale kiedyś musiał opuścić bezpieczny azyl. Ihyia miał racje, życie wciąż gdzieś tam na niego czekało.
— Jesteś pewny? Wiesz, że możesz tu zostać tak długo jak zechcesz.
— Wiem, mamo. — Kiwnął głową. Ostatnio smakował to słowo z niebywałą radością. Tak długo żył z dala od matki, tak długo nie miał szans mówić do niej w ten sposób, że gdy odzyskał tę szansę, czuł się wprost niewiarygodnie wspaniale.
— Muszę jednak w końcu stanąć na nogi.
Zrozumiała to. Widział to w jej spojrzeniu. Była czułą, mądrą kobietą, zbyt długo zniewoloną pod tyranią surowego męża, a jednak wydawała się niezwykle szczęśliwa i pogodzona z życiem, jakie przyszło jej wieść.
Tamtego dnia naprawdę spakował walizki. Ojciec stanął w progu jego pokoju i długo studiował widok syna w kompletnym milczeniu. Ren nie był pewien, co ojciec czuł, ale gdy zamek walizki został zasunięty, pan Iwasao dotknął ostrożnie ramienia syna.
Ich spojrzenia się spotkały. Nic nie powiedzieli, ale było to zbędne. W tamtym momencie rozumieli się bez słów.

***

— A któż to zmartwychwstał? — Pan Yamamoto oderwał się od krzesła, ledwie tylko drzwi w jego gabinecie się otworzyły. Na widok lidera New York City jego małe oczka pojaśniały.
— Znaleźliście już kogoś na moje zastępstwo? — odezwał się Ren.
Producent zatrzymał się w pół kroku i zmierzył chłopaka chytrym wzrokiem.
— Co to za dziwny rodzaj przywitania? Pozwól, że najpierw cię uściskam.
Ren umknął w tył, ledwie tylko ramiona mężczyzny wyciągnęły się ku niemu w fałszywym geście.
— Stęskniłeś się za swoją własnością? — Chłopak skwitował zachowanie rozmówcy krzywym uśmieszkiem.
Pan Yamamoto był jednak zbyt zimnokrwisty, by ta obelga jakkolwiek go zabolała.
— Język jak zawsze masz niczego sobie. — Rzucił żartem od którego tylko on zaczął się śmiać.
— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Macie kogoś na moje miejsce?
— A co? Tak bardzo się boisz, że ktoś wyprze cię z branży?
Ren nie odpowiedział. Jego kamienna twarz niewiele zdradzała w tamtym momencie. Iwasao zawsze się stawiał, to nic nowego. Yamamoto zdążył przywyknąć, że tego chłopaka należy ustawiać do pionu, ale tym razem mina mu zrzedła.
 W Renie zaszła jakaś zmiana. Nie dostrzegalna na pierwszy rzut oka, ale Yamamoto był tym typem człowieka, który zauważał takie drobnostki niemal natychmiast.
Ren był teraz inny, jakiś mocniejszy, za tą pewnością siebie kryła się prawdziwa siła, której do tej pory nie posiadał.
Producent usiadł na krawędzi biurka.
— Casitng już prawie zamknięty, ale wszyscy chcą ciebie, Ren. Wiesz o tym dobrze. Nikt nie będzie w stanie w pełni cię zastąpić.
— I zrozumiałeś to dopiero teraz? — Chłopak uniósł prześmiewczo brwi. — Jeszcze niedawno słuchałem, jak to trzeba mnie wymienić.
— Asz, za bardzo chowasz urazę. Wiem przecież, że nie zjawiłbyś się tutaj tego popołudnia, gdybyś nie miał do mnie jakiejś sprawy.
Ren spuścił wzrok.
— Daj mi odejść.
W pomieszczeniu zapadła głucha cisza.
— Słucham? — Pan Yamamto wolałby się przesłyszeć, ale dobrze wiedział, że jest inaczej.
— Daj mi odejść. — Wzrok Rena zawisł na wprost spojrzenia mężczyzny. Bił od nich bojowy blask, niezłomna siła walki.
— Żartujesz? — Gromki śmiech producenta przetoczył się po pomieszczeniu niczym kula bilardowa. — Nigdy nie sądziłem, że możesz stawiać przede mną tak nawinę żądania.
— Nie jestem ci już potrzebny. — Ren nie poddawał się. Stał wyprostowany na środku gabinetu i wyglądało na to, że wie, czego chce. — Masz już kogoś na moje miejsce. Zresztą, kto wie, co z moją nogą? Daj mi odejść.
Yamamoto pokręcił głową, rozbawiony do łez.
— Ty naprawdę postradałeś zmysły. Trochę mi cię żal. — Cmoknął z rozczuleniem. — Może w Mikołaja też wierzysz? Mam ci przypomnieć o kontrakcie? Chyba nie sądzisz, że wywiniesz się z tego tak łatwo?
— Nie jestem ci już potrzebny! — Ren podniósł głos, co okazało się przelać czarę goryczy.
Yamamoto zerwał się na równe nogi. Jego pięści niebezpiecznie zawirowały w powietrzu. Tylko cud sprawił, że żadna z nich nie wylądowała na policzku chłopaka.
— Tak uważasz, szczeniaku!? — Mężczyzna ciężko dyszał. Wpadł w istną furię. Jego oczy płonęły gniewem. — Myślisz, że po to pozbyłem się tamtej dziewczyny, żebyś teraz wmawiał mi takie herezje? Nigdy nie pozwolę ci odejść! Słyszysz? Nigdy!!
Ren oddychał równie szybko. Cisza narastała między nimi niebezpiecznie długo. Mierzyli się spojrzeniami.
— Ty się jej pozbyłeś? — spytał Iwasao z cierpkim niedowierzaniem, prawie zachłystując się słowami.
Yamamoto pojął swój błąd, ale zarazem nie tracił ducha.
— Jaka to różnica? Mam cię w garści. Podpisałeś kontrakt.
Ren rzucił się na mężczyznę z pięściami. Nie miał jednak szans. Dwa razy potężniejszy od niego Yamamoto pchnął go na ścianę niczym szmacianką kukiełkę.
— Pogódź się z rzeczywistością! — wrzasnął producent. — Pozbędę się z twojego życia każdej, niewygodnej mi osoby! A wiesz czemu? Bo należysz do mnie! Jesteś moją cholerną własnością! Do tego kłopotliwą!
Ren nic nie odpowiedział. Nawet nie patrzył w stronę mężczyzny. Tylko unosząca się i opadająca nerwowo klatka piersiowa świadczyła o emocjach w jego ciele.
— Mylisz się wierząc, że jesteś niepokonany — odparł w końcu Iwasao.
— Wyjdź stąd! — Yamamoto wskazał palcem drzwi. — Nie wracaj dopóki sam nie będę tego chciał. Ale wrócisz tu, przysięgam. I będziesz robił to, do czego się zobowiązałeś w kontrakcie.
Ren w milczeniu skierował się do wyjścia. Był jednak nienaturalnie spokojny, to przeraziło producenta. Ktoś kto przegrał nie zachowuje się tak obojętnie, prawda?
Yamamoto mimo wszystko nie czuł się zbyt pewnie.


***

— Powiedziałeś mu, że chcesz odejść? — Iro śmiertelnie się przeraził.
Cała trójka z zespołu wraz z Naną przebywała właśnie w przytulnym pomieszczeniu, czekając na dziennikarkę z gazety, która chciała przeprowadzić z nimi wywiad. W szczególności z Naną i Renem. Była bowiem ciekawa długiego okresu milczenia, podczas którego Anioł Japonii zniknął dziennikarzom z przed obiektów niczym kamfora.
— Tak. — Ren od niechcenia bawił się zegarkiem na nadgarstku.
Widząc pełne wyrzutu spojrzenie przyjaciela pojął, że tak zdecydowaną odpowiedzią zdołał go zranić.
— Posłuchaj, to nie tak, że nie chcę już z wami mieć nic wspólnego — zaczął tłumaczyć ostrożnie. — Ale to przestało być miejsce dla mnie. Duszę się. Z roku na rok, jakby bardziej.
— Zawsze byleś taki silny — westchnęła Nana ze smutkiem. — Mogę nawet rzec, że najsilniejszy z całego zespołu. — Popatrzyła przepraszająco na resztę chłopaków, ale ci nie wydawali się urażeni. Kontynuowała więc. — Nigdy nic nie robiłeś sobie z obleg na własny temat. Pamiętam nawet jak podarłeś ten dokument z prośbą o popełnienie samobójstwa. Nigdy nie zapomnę tej obojętności w twoich oczach. Zaimponowałeś mi wtedy.
Ren posłał jej uśmiech.
— Opancerzyłem swoją duszę w stal nie do skucia. Ale to nie znaczy, że jestem zaprogramowanym robotem. Zresztą, nawet maszyny kiedyś się zużywają. Ja wypaliłem się kompletnie. I wiesz? Przerażające jest właśnie to, że zacząłem o siebie myśleć jak o takiej maszynie. Musiałem wykonywać robotę, do której zostałem stworzony niczym odkurzacz przeznaczony do odkurzania. Teraz już wiem, że to nieprawda. Mam prawo zmieniać zdanie, zmieniać sam siebie, zmieniać poglądy, pragnąć czegoś innego. Jestem człowiekiem. I już nie mogę żyć w tym świecie. Proszę was, byście to zrozumieli.
Ihyia przez cały ten czas milczał. Wzrok miał utkwiony w palcach, splecionych ze sobą na podbrzuszu. Wydawał się obrażony na cały świat, ale kiedy Ren skończył mówić, zachował się niespodziewanie.
— Ja to rozumiem. — Spojrzał na brata poważnie. Jego oczy emanowały ogromną mocą, zawartą w ich ciemnej głębi. — Jeżeli chcesz uciec, to daje ci zgodę. Nie oglądaj się na mnie, dobra? Ja sobie poradzę. Wiedząc, że jesteś szczęśliwy to mi wystarczy.
Ren nie potrafił żadnymi słowami wyrazić wdzięczności. Miał jedynie nadzieje, że oczami mówi to wszystko, czego usta nie potrafiły wyrzec.
— Będzie nam bardzo trudno bez ciebie. — Iro mówił, nie patrząc na lidera. Bił się z sam sobą, ale chciał postąpić właściwie. — Wiem jednak, że zostając tutaj na siłę ani ty, ani my nie bylibyśmy szczęśliwi w tej sytuacji. Dlatego… — zawahał się. W jego oczach błysnęły łzy. — Idź Ren, faktycznie nie oglądaj się na nas.
— Ale jak masz zamiar to zrobić? — Nana posłała mu zlęknione spojrzenie. — Wiesz przecież, że wiąże cię kontrakt. Tylko cud może cię od niego uwolnić.
— Nie potrzebuję cudu. — Chłopak zaprzeczył. — Jedynie odrobiny sprytu.
Wtedy stało się jasne, że ma jakiś plan. Wszyscy popatrzyli na siebie ze zdziwieniem i niepewnością. Cóż, musieli mu zaufać.
— W takim razie, do boju. — Nana uniosła zaciśniętą pięść, by go pokrzepić. Ona także miała łzy w oczach, ale ona także nie zamierzała trzymać go przy sobie siłą.
Ren poczuł wzruszenie. Prawie nie potrafił go zdławić. Oto patrzył na swoich najwierniejszych przyjaciół. Brata, który nie raz go zawiódł, ale który w ostateczności okazał się jego największą podporą. Iro, przyjaciela, którego uśmiech, poczucie humoru oraz ogromna wrażliwość sprawiły, że ich życie w zespole nie straciło tej odrobiny człowieczeństwa. To dzięki Iro i jego podejściu do wszystkiego byli rodziną. W końcu Nanę – dziewczynę, której początkowo pragnął znienawidzić, a która przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Była mądra, piękna i z pewnością zajdzie bardzo daleko. Jej kariera stale rosła. Nigdy wiele nie oczekiwała, znosiła jego humory, a ostatecznie nawet zdołała go pokochać, na co wcale nie zasłużył.
Oni troje zasługiwali na miano Aniołów Japonii, bo byli jego aniołami. Dryfowali zawsze obok i gdy w Krzywym Niebie grunt pod nogami niebezpiecznie się przechylał, zawsze mógł chwycić ich wybawcze dłonie.
Kiedy rozległo się pukanie do drzwi i do środka weszła elegancko ubrana dziennikarka, Ren jeszcze długo patrzył na swoich przyjaciół i czuł, że nie starczy mu życia, aby kiedykolwiek wynagrodzić im to wszystko, co dla niego zrobili.

***

Rikuto dopalał właśnie piątego papierosa, opierając się biodrami o bok ciemnego samochodu. Była późna noc, czekał pod mostem, rzeka za jego plecami szumiała głośno, zaś nad głową słyszał huk przejeżdżających ciężarówek.
Co chwilę wyła jakaś policyjna syrena, a wokół panowała nieprzyjemna ciemność. Nawet widniejąca w oddali latarenka nie potrafiła pokonać nieprzyjemnej aury swoim bladym, pomarańczowym światłem.
Aktor co rusz zastanawiał się, jakim cudem dał się namówić na spotkanie w tak zakazanej dzielnicy. Może chodziło o to cholerne poczucie długu? Ren uratował mu w sądzie skórę. Jego zeznania sprawiły, ze Rikuto nie tylko uniknął więzienia, ale także nie stracił latami budowanej kariery.
Teraz jednak zastanawiał się, czy nie chodzi o zemstę. Może ten dureń Iwasao chciał go pobić? Rikuto przecież wciąż nie dostał za swoje. Nie odpokutował za zepchnięcie go ze schodów, na skutek czego noga Rena doznała poważnego uszczerbku. Teraz Ren mógł szukać odpłaty za to.
— Cholera! — mruknął Rikuto, strzepując żarzący się popiół na ziemię. Mimo obaw, czekał cierpliwie.
Wyprostował się, kiedy dostrzegł nadjeżdżacie auto. Równie ciemne, co jego własne. Koła chrzęściły na piaskowej drodze, potem zatrzymało się w szczerym polu. Ze środka wysiadł. Ren.
Rikuto zdrętwiał na widok pałki bejsbolowej, którą tamtej trzymał w ręce.
— Spokojnie. Nie zamierzam zrobić ci krzywdy! — zawołał Ren, kiedy Rikuto szybko zgasił papierosa z zamiarem ucieczki.
— Masz mnie za głupka? — prychnął aktor. — Niby na co ci ta pałka?
— Potrzebuje jej, ale dla siebie — odparł Ren nieco dziwacznie. Czy powinien mu uwierzyć? Ale coś w spojrzeniu tamtego, mimo późnej pory, wydawało się tak szczere, że Rikuto mu zaufał.
— O co chodzi, Iwasao? — Skinął na niego głową. — Dlaczego kazałeś mi się zjawić w takim upiornym miejscu?
— Potrzebuje twojej pomocy. — Ren zatrzymał się przed nim. Teraz mogli sobie otwarcie patrzeć w oczy.
— Niby co mogę dla ciebie zrobić? — Rikuto zmierzył go przenikliwym wzrokiem. Teraz sytuacja wydawała mu się zabawna.
— To nie będzie proste, ale tylko ty możesz to zrobić. Uwierz mi, że nie prosiłbym cię o to, gdybyś nie był moją absolutnie ostateczną opcją.
— Wiesz? Zaczynasz się robić przerażający. — Uśmiech spełzł z warg Rikuto. Miał ochotę na kolejnego papierosa, ale powstrzymał się, by sięgnąć do kieszeni.
— Uderz mnie tą pałką w nogę. — Ren wyciągnął do niego dłonie ze wspomnianym przedmiotem.
Rikuto wpatrywał się w drewniany, gruby kij i nic z tego nie rozumiał.
— Odbiło ci?
— Posłuchaj. — Ren poruszył się niespokojnie. — Chcę, żebyś złamał mi nogę, tą samą, którą złamałem wtedy na schodach. Rozumiem, że to szaleństwo, ale tylko tak mogę uwolnić się od kontraktu z wytwórnią.
— Nie, nie zrobię tego! — Rikuto oparł się ciężko o maskę samochodu. Zrobiło mu się niedobrze. — To jakiś podstęp, tak? Ja cię walnę, a potem znowu wyląduje w sądzie.
— Nie! — Ren złapał go za ramię. Rikuto próbował się wyrwać, ale uścisk tego parszywca okazał się żelazny. — Uwierz mi, to moje jedyne wyjście. Wiesz, co zawiera mój kontrakt? Podpunkt, w którym jest wyraźnie napisane: jeżeli niżej podpisany dozna poważnego uszczerbku na zdrowiu lub poważnie zachoruje i z tego powodu nie może kontynuować warunków umowy są one automatycznie anulowane bez możliwości roszczenia prawa do odszkodowania.
Rikuto słuchał tego z przerażeniem. Nie, nie chciał tego w żaden sposób rozumieć.
— Dlaczego ja? — jęknął.
— Bo masz u mnie dług. Uratowałem ci skórę, pamiętasz? — Ren mocniej wbił palce w jego ramię. — Czas, żebyś się zrehabilitował.
— Waląc cię w nogę?
— Tak, właśnie tak. Przysięgam, że nikomu nie powiem, że to ty zrobiłeś. Pragnę jedynie się uwolnić. Ty możesz sprawić, że otrzymam tę wolność i to będzie twoja zapłata. Już nigdy nie będziesz mi nic winien.
Rikuto się wahał. Ostatecznie jednak wziął pałkę do ręki. Dłonie mu drżały, kiedy poczuł na skórze chłodny dotyk drewna.
— Co będzie po tym, jak… już to zrobię?
— Odjedziesz. Poczekam dwadzieścia minut i zadzwonię po pomoc. Powiem, że zostałem napadnięty.
— To szaleństwo. Dasz radę wytrzymać tyle czasu ze złamaną nogą?
— Jestem zdesperowany i zdeterminowany. Uwierz, że wytrzymam.
Rikuto cały czas patrzył na chłopaka niczym szaleńca. Wciąż nie mieściło mu się to w głowie, a jednak już wiedział, że spełni tę niedorzeczną prośbę. Sam nie wiedział dlaczego. Z wdzięczności? Z poczucia konieczności spłacenia długu? Nie dopuszczał do siebie myśli, że ze zwyczajnej sympatii.
— Wiesz, że podejmuje się teraz dużego ryzyka? Jeżeli mnie oszukasz, to cię zabiję.
Ren uśmiechnął się półgębkiem. Na czole poczuł pierwsze krople potu. Mimo wszystko, bał się tego, co ma za chwilę nadejść.
— Gdybym chciał twojej zguby, pogrążyłbym cię wtedy, w sądzie. Nieźle oberwałem za to, jakie złożyłem zeznania. Wtedy ja też zaryzykowałem, a jednak zrobiłem to, teraz kolej na ciebie.
— Ty naprawdę tego chcesz. — To już nie było ze strony Rikuto pytanie. Raczej nagłe, oszołomione stwierdzenie.
— Tak. — Ren zacisnął pięści. Usiadł na ziemi i wysunął nogę, w którą miało zostać wymierzone uderzenie. — Zrób to za jednym zamachem, dobrze? — Odwrócił twarz i zamknął oczy. Zacisnął zęby do bólu. Bał się tak bardzo, że jego ciałem wstrząsały dreszcze.
Rikuto stał jak oniemiały. Pałka w dłoni była nienaturalnie ciężka z powodu przerażenia, które czuł w całym ciele. Wciąż nie dowierzał, że zamierza to zrobić, a jednak uniósł kij i wstrzymując oddech zrobił szybki zamach.
Rozległ się głośny trzask łamanej kości. Zemdliło go. Wrzask, który uleciał z ust Rena potoczył się po całej polanie, zrywając do lotu stado ukrytych w trawie kruków.
Rikuto zwymiotował w krzaki. Oddychał spazmatycznie, kiedy odrzucił kij od siebie, jakby ten go parzył.
— Jedź. — Usłyszał drżący, tłumiony bólem rozkaz.
Popatrzył na Rena z wahaniem.
— Jesteś pewien?
— Jedź! — Ren krzyknął, kierując na Rikuto rozpalone cierpieniem spojrzenie. Najdziwniejsze było jednak to, że w tym spojrzeniu kryła się zarazem ulga. — Jedź! — Padło stanowcze powtórzenie.
Dopiero wtedy Rikuto rzucił się do samochodu, na wpół świadomy tego, co się dzieje. Jeżeli jutro otrzyma pozew to wcale się nie zdziwi.
Usiadł za kierownicą i odjechał z piskiem opon. W duchu modlił się, żeby temu szaleńcowi nic nie było.

   Następny rozdział         Poprzedni rozdział


____________________________________________
Wiem, że dość wcześnie dodaje kolejny rozdział, ale chcę już zakończyć to opowiadanie. Za tydzień pojawi się ostatni rozdział Krzywego Nieba. Wtedy napiszę też dłuższe podsumowanie. Póki co, życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku!