Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książę z piekła rodem.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książę z piekła rodem.. Pokaż wszystkie posty

15/15.Silna więź



Krzyk pozbawił ją wszystkich sił, sprawił, że zaczerpnięcie zwykłego oddechu powodowało tak wiele bólu. Parzące łzy odrywały się od powiek, by spaść bezgłośnie na chodnik, ułożony z kostki brukowej.
W pewnym momencie nie mogła już wydobyć z siebie głosu. Układając usta, nie powiedziała ani słowa, chociaż przecież musiała mu pomóc. Nigdy nie była świadkiem tak bestialskiej sceny. Nigdy nie widziała, by ktoś zadawał drugiemu człowiekowi niepotrzebny ból.
Lojalność wobec rodziny… Co to za rodzina, która torturuje swojego członka do samej krwi?
Narumie był wycieńczony, blady i ledwo żywy, i to wszystko było jej winą. Stała się przyczyną jego nieszczęścia w chwili, w której zdecydował się jej pomóc. Przez cały ten czas prawie w ogóle nie była dla niego dobra. W tej relacji to ona była pozbawiona uczuć, zdolna powiedzieć mu te słowa, które raniły do żywego duszę, a mimo to, nigdy nie usłyszała od niego żadnej przykrości.
Gdy płakała, otumaniona cierpieniami ciała i serca, Dziadek stanął w niewielkim oddaleniu, przyglądając się jej z uwagą.
— Okamoto – san, przejmujesz się losem Narumiego?
Zastygła, słysząc jego poważny głos, który brzmiał niczym szelest krzewu, zwiastując ukryte niebezpieczeństwo.
— Zrobię wszystko… — szepnęła zachrypnięta i obolała. Z trudem dźwignęła się do pozycji siedzącej. Poczuła ciepłą krew wypływającą z rany; a więc jednak rozdarła te cholerne szwy! Tyle, że jakoś nie miało to znaczenia. Nie przejmowała się powiększającą się na jej ubraniu czerwoną plamą. Spojrzała na mężczyznę z bólem w oczach i determinacją. — Nie róbcie mu krzywdy…
— Hana, daj spokój — Narumie odezwał się głosem podobnym do jej własnego. Wydobywał się on z ciała rzuconego na pastwę wycieńczenia.
Nie słuchała go. Kładąc dłoń na pulsującej ranie, zakaszlała ostro.
— Weźcie mnie sobie. Zabijcie mnie, ale nie róbcie mu krzywdy…
Dziadek zmarszczył brwi, ważąc słowa dziewczyny w myślach.
— Odważna z ciebie dziewczyna, muszę przyznać. — Kiwnął głową z konsternacją, a potem uśmiechnął się nieznacznie. — Zabicie ciebie zaowocowałoby zbędnymi kłopotami dla nas wszystkich. Jesteś córką śledczego, a zarazem zwykłą licealistką. Nie byłoby sensu pozbawić cię życia i mieć na głowie dochodzenie twojego ojca w tej sprawie — westchnął ciężko. — Ale możemy zawrzeć pewien układ.
Hana spojrzała na niego z zainteresowaniem. W sercu odczuła cudowny przypływ nadziei, a w raz z nią siłę, by dalej oddychać.
— Tak?
— Będziesz milczeć jak grób. Nigdy nie powiesz nikomu o tym, co widziałaś. A jeżeli nie dotrzymasz słowa… — Wskazał palcem na Narumiego — To on poniesie karę za ciebie.
Przełknęła z trudem ślinę. Nie było problemu. Chociaż musiała przy tym złamać wiele etycznych zasad, jakie do tej pory składały się na jej egzystencje; dla Narumiego była gotowa to zrobić.
— Tak, Sensei. Nie powiem nikomu, przysięgam.
Narumie wpatrywał się w nią z bólem w oczach. Próbował zaprotestować, ale z jego ciała uleciały wszystkie siły. Był zdolny tylko do obserwowania sytuacji, nie biorąc w niej czynnego udziału.
Dziadek tymczasem wyglądał na usatysfakcjonowanego, chociaż niektórzy po bokach szeptali między sobą z niezrozumieniem. Nie popierali decyzji szefa, ale musieli się z nim zgodzić. Hana sama nie wiedziała, co myśleć o tym poważnym starcu. Był okrutny, a zarazem w jakimś sensie lepszy od nich. Nie jeden z tu zebranych skazałby ją i Narumiego od razu na śmierć, ale nie on. On dał im szansę.
— Ty i Narumie nie macie prawa się widywać — powiedział, gdy zgromadzeni przetrawili w końcu jego decyzję. Hana przymknęła oczy, ziemia zawirowała niebezpiecznie w jej głowie, natomiast zapach własnej krwi był tak ohydny, że poczuła odruch wymiotny.
— Tak, Sensei, rozumiem. Czy mimo wszystko mogę o coś prosić? — Może to coraz słabszy kontakt z rzeczywistością, a może to, że straciła za dużo krwi, sprawiło, że zdobyła się na tak oburzającą śmiałość?
Nie rozpoznając już sylwetek ani twarzy zgromadzonych, słyszała ich podenerwowane szepty.
— Masz zamiar stawiać mi warunki, Okamoto – san? — Gdzieś do myśli dziewczyny doleciał oddalony głos Dziadka.
— Nie, Sensei. To tylko prośba. Chciałabym, żebyście zwrócili ciało Li Xue. To wszystko.
Znów szepty oburzenia. Przypływały do Hany i odpływały jak fale niespokojnego morza. Powoli wszystko traciło na znaczeniu, krew płynęła coraz szybciej i boleśniej, roztaczając metaliczny zapach. Ciemność ponownie wtargnęła do jej umysłu, pochłaniając wszystko.

***

Ktoś głośno płakał, czuła ucisk na dłoni, a w powietrzu unosiła się woń środków dezynfekujących. Ponownie oślepił ją blask światła po otwarciu powiek, tym razem dobywał się z ogromnej, szpitalnej lampy.
Czuła się o wiele lepiej, chociaż wciąż była słaba. Przynajmniej jednak uporczywy ból w brzuchu zniknął jak ręką odjął. Jeszcze nie rozumiała, że to zasługa kroplówki, wbitej w jej nadgarstek.
Najpierw zobaczyła matkę, siedząc przy krawędzi łóżka i szlochającą nieustannie z ręką córki przyciśniętą czule do policzka. Hana kilka razy otwierała i zamykała powieki nim dotarło do niej, że prawdopodobnie jest już bezpieczna.
— G-dzie… je-stem?
Okamoto Makota drgnęła z zaskoczeniem, nie mając pojęcia, że dziewczyna się obudziła, ale szybko jej oblicze rozjaśniło się szczęściem, chociaż łzy zaczęły płynąć jeszcze intensywniej.
— Skarbie, moja śliczna mała dziewczynko — Poderwała się z miejsca i dotknęła zimną dłonią rozgrzanego policzka Hany. Panienka Okamoto przymknęła oczy, chłód był tak bardzo przyjemny, musiała gorączkować, bo całe ciało pokrywał pot. — Jesteś w szpitalu, już wszystko dobrze.
— Jak… d-długo?
— Byłaś nieprzytomna prawie dwa dni, straciłaś dużo krwi, ale w szpitalu zadbano o ciebie. Doktor mówi, że wyjdziesz z tego, że miałaś dużo szczęścia. — Makoto cały czas głaskała ją po głowie z czułością, a potem oderwała się od niej i wybiegła z sali.
Wróciła do niej z mężem, który trzymał na ramionach Suke, zajadającego jakiegoś batona, od którego całe jego wargi były umorusane.
— Witaj, Hano. Jak się czujesz? — Ojcowski głos jak zwykle zabrzmiał poważnie. Nawet w takim miejscu, jakim był szpital, nie zdołał wykrzesać z siebie odrobiny przejęcia, ale dziewczyna ucieszyła się na jego widok tak bardzo, że z oczu poleciały jej łzy.
— Tatku… — Podniosła rękę w jego kierunku. Brak sił zrobił swoje, więc dłoń opadła na pościel wbrew woli panienki Okamoto.
— To był fatalny pomysł, o czym sobie myślałaś jadąc na ten durny koncert? — zapytał Takumi, stawiając syna na ziemi. Suke podbiegł do lóżka siostry, badawczo wodząc spojrzeniem po jej twarzy.
— Słucham? — Hana zmarszczyła brwi, czując nowy przypływ senności.
— Daj jej spokój, będziemy mieć czas o tym porozmawiać — fuknęła matka, kładąc rękę na ramieniu córki.
— Tata znalazł w twojej torbie bilety koncertowe w Tokio — powiedział Suke przemądrzałym tonem. — Masz wielkie kłopoty.
— Zamknij się, gnomie — Hana roześmiała się ku własnemu zaskoczeniu. Nigdy nie myślała, że denerwujący charakter młodszego brata będzie dla niej tak przyjemny. — Jak właściwie mnie znaleźliście? — Chciała wiedzieć, kierując się z tym pytaniem do matki, bowiem liczyła na spokojną odpowiedź.
— Właściwie ktoś zawiózł cię do szpitala — rzekła Makoto cicho, ze łzami w oczach rozwijając przed córką karty przeszłości. — Lekarze przez jakiś czas nie mogli ustalić twojej tożsamości, więc założyli ci anonimową kartę, ale potem policja połączyła fakty. Po twoim zniknięciu… po twoim zniknięciu szukaliśmy cię cały czas.
Hana poczuła, że i w niej wzbierają się łzy. Wiedziała, że uciekając sprawi rodzicom niewyobrażalny ból, a ojcu dodatkowo zawód. Już nigdy nie miała odzyskać jego zaufania i przestała być dla niego porządną córeczką. Nie miała pojęcia o jaki koncert rozchodziła się afera, ale domyśliła się, że to pewnie jedna z form zatarcia śladów przez Yakuzę.
I wtedy przypomniała sobie o Narumim. Żal ścisnął jej sercem tak mocno, że przez kilka sekund nie mogła poruszyć klatką piersiową, trwając w bolesnym bezdechu. Dopiero, kiedy odetchnęła, łzy wypłynęły z jej oczu jeszcze gorętsze i większe.
— Przepraszam was, przepraszam z całego serca — wymamrotała, głaskając Suke po głowie. Nie znalazła lepszych słów, jakiegoś sensownego wytłumaczenia. Nie mogła przecież powiedzieć prawdy, obiecała to, obiecała za życie Narumiego. Oby był cały i zdrowy, niczego więcej nie pragnęła.


***

Wracała do zdrowia z każdym dniem. Okazało się, że szpital do którego trafiła znajdował się w Tokio, a nie w Osace. Dość logiczne zagranie, skoro rzekomo miała udać się na koncert do stolicy.
Mimo odległości, gdy poczuła się silniejsza i zdrowsza, z wizytą wpadła Maiko i Ichiro. Widok dwójki przyjaciół tak ucieszył Hanę, że zapomniała o przykazie lekarza, aby na siebie uważała i oderwała się od poduszki, wyciągając ku nim gwałtownie ramiona.
Już po chwili wszyscy troje ściskali się i witali, jak po wieloletniej rozłące. Hana musiała przyznać, że wszystko co przeszła, pozwoliło jej lepiej docenić osoby wokół niej. Jej przyjaciele, jej rodzina, jej świat… to wszystko było tak cudownie dobre i spokojne. W snach często nawiedzał ją obraz Narumiego, pobitego i poniżonego przez członków własnej społeczności. Rozumiała, jak trudno było w takim środowisku wyrosnąć na dobrego człowieka, a jednak Narumie miał w sobie zaskakująco wiele dobroci. Może gdyby urodził się gdzie indziej, mógłby wyrosnąć na naprawdę wspaniałą osobę?
Nie przestała go kochać. Dopiero, gdy odszedł ta miłość w niej nasiliła się i pokazała swoje oblicze. Tęskniła za nim i pragnęła chociaż raz go zobaczyć, ale wolała, żeby nigdy do tego nie doszło ze względu na umowę.
— Słyszałaś już najnowsze wieści? — Szczęśliwa Maiko otarła łzy wzruszenia. — Znaleźli ciało mojej cioci.
— Naprawdę? — Hana rozszerzyła powieki, zastygając w bezruchu. Czyżby Dziadek jednak przystał na jej prośbę? — Przykro mi, że ona…
— Skąd wiesz, że nie żyje? — Maiko opadła z rezygnacją na stołek, a Ichiro przytulił ją do siebie.
— Ja… po prostu powiedziałaś, że znaleźli ciało, a nie ją — wymamrotała Hana wymijająco, na chwile wstrzymując z nerwów oddech.
Maiko kiwnęła głową.
— Ach, rozumiem. Mimo wszystko, odetchnęłam z ulgą, wiesz? Nie wiem kto jej to zrobił i dlaczego, ale dobrze jest móc ją pochować.
Hana uśmiechnęła się do niej blado, łapiąc za rękę.
— Weselsza nowina to taka, że jesteśmy razem — Ichiro z dumą uniósł podbródek, składając na czole Maiko pocałunek.
— To najwspanialsza wiadomość, jaką mogłam usłyszeć! — Panienka Okamoto szczerze się ucieszyła. Naprawdę, już dawno uważała, że tych dwoje powinno być razem i marnują osobno czas. Widać trauma ze zniknięciem Li Xue, pozwoliła tej dwójce się do siebie zbliżyć.
Patrząc na szczęśliwych przyjaciół, czuła, że jej życie powoli wraca na normalne tory.

***

Hana obmyła ręce wodą i solą, ostrożnie zdejmując buty przy wejściu do domu Maiko. W specjalnie przygotowanym miejscu stała urna ze skremowanym ciałem Liu Xiue.
Panienka Okamoto z trudem pohamowała płacz, żałując, że nie mogła uczestniczyć w ceremonii Kasō-shiki, czuła, że przynajmniej tyle powinna była zrobić dla zmarłej, ale lekarz w Tokio nie zgodził się wypisać ją ze szpitala.
W nim spędziła około trzech tygodni, dochodząc w końcu do siebie. Teraz przyszedł czas, by oddać hołd kobiecie. Liu Xiue już dawno otrzymała nowe, pośmiertne imię tak, aby rodzina mogła swobodnie używać jej ziemskiego w rozmowach i nie obawiać się, że ściągnął ducha zmarłej z zaświatów.
Wraz z Haną zjawili się również jej rodzice, wręczyli rodzinie Liu czarną kopertę z pieniędzmi, a dziewczyna dodatkowo ułożyła przed urną bukiet kwiatów i oddała zmarłej należny ukłon. W duchu przeprosiła ją za milczenie, którym okryła powód jej śmierci. Miała nadzieje, że Liu Xiue zrozumie motywy, którymi się kierowała i zechcę jej wybaczyć. Nic więcej nie mogła zrobić.
Wytarła w chusteczkę drobne łzy i długą chwilę stała przed urną, próbując zamknąć za sobą przykry etap życia. Z pewnością nigdy nie zapomni Narumiego, ani tych kilku tygodni, jakie przypadły im w udziale losu, ale pragnęła pogodzić się z najgorszymi aspektami tamtych wydarzeń.
Kiedy dłoń jej ojca znacząco spoczęła na ramieniu Hany, dziewczyna natychmiast zrobiła dostęp do urny również innych, a sama ulokowała się w kącie, przełykając boleśnie ślinę.
— Muszę odetchnąć świeżym powietrzem — szepnęła do stojącej tuż obok Maiko i pośpiesznie opuściła dom.

***

Dopiero po wyjściu zza bramę odzyskała spokój ducha. Przebywanie w obecności Liu Xiue to, jak przebywanie z własnym, nieczystym sumieniem. Hana odetchnęła głęboko, chowając chusteczkę do kieszeni.
Deszczowe dni ustąpiły miejsca słonecznym, toteż niebo było nieskazitelnie przejrzyste, a słońce rozlewało szczodrze swe promienie nad miastem.
Ruszyła wzdłuż chodnika, potrzebując chociaż kilkuminutowego spaceru. Chodzenie sprawiało jej lekki dyskomfort, bowiem blizna po postrzale cały czas się goiła mimo, iż dawno zjedli jej szwy.
Ojciec po jakimś czasie zaakceptował historię, jakoby Hana została postrzelona na koncercie przez jakiegoś psycho-fana zespołu. Tak długo przekonywała go o prawdziwości tych wydarzeń, że musiał ustąpić pod siłą jej uporu. Zresztą, wyciąganie od niej innych informacji było bez celowe i pewnie to zauważył, bo któregoś dnia przestał zadawać jej pytania.
Spojrzała w zamyśleniu na przejeżdżający ulicą autobus, gdy czyjeś dłonie złapały ją za ramiona, a w powietrzu rozległ się dobrze znany jej radosny, beztroski śmiech.
— Narumie!? — Wytrzeszczyła oczy, wykrzykując jego imię z przerażeniem. — Co ty tu robisz? Przecież mieliśmy…
— Nigdy się już nie zobaczyć. Uwierz, nie zapomniałem — prychnął. Znajdował się tak blisko niej, że owładnęły nią gorące uczucia. Zapominając o wszystkim innym, rzuciła mu się na szyje ze śmiechem radości.
— Nawet nie wiesz, jak cię cieszę, że jesteś cały i zdrowy.
— Wzajemnie — Uśmiechnął się szeroko, głaszcząc ją po głowie. — Amika ma dożywotni zakaz posiadania broni.
— Jak to możliwe, że jesteś tutaj? — zapytała, odpychając imię tamtej dziewczyny za siebie. Po co o niej rozmawiać, skoro mieli siebie?
— Przyszedłem się pożegnać — rzekł, ku jej rozczarowaniu.
— Pożegnać? — Spuściła wzrok.
— Wyjeżdżam na Sycylię. Przejmę interesy po ojcu — wyjaśnił, podnosząc jej podbródek we własnej dłoni. — Będę cholernie tęsknić, wiesz? Ale najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa. Niech tak pozostanie, więc masz na siebie uważać! — Pogroził jej palcem, żeby czasem nie zechciała go zignorować.
Roześmiała się.
— Narumie… — złapała go za rękę — Ja… musisz wiedzieć, że… kocham cię.
Spłynęła na nią fala ulgi, gdy to powiedziała. Wyznała prawdę, ukrytą w sercu. Już nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Wiedziała, że dla niej i niego nie ma żadnej przyszłości bez względu na wszystko, ale kochać można nie tylko tych, którzy przy nas zostają.
Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Jego brązowe włosy połaskotały ją w policzek, a piękna chwila okazała się trwać za krótko.
— Też cię kocham. Zapewniam, że nigdy się to niezmienni. — Spojrzał na nią ciepłymi oczyma, tak pełnymi serdeczności, że wprost nie mogła uwierzyć, iż było mu pisane życie w mafii. — Do zobaczenia w innym życiu — dodał po chwili — Nie pakuj się już w żadne kłopoty — powiedział, nie przestając się uśmiechać. Wspaniale było widzieć, że jest cały i zdrowy. Ale kto wie, co kryło się w jego wnętrzu? Hana nauczyła się już, że Narumie zawsze chował prawdę o sobie głęboko w duszy, ale musiało tak być, jeżeli miał przetrwać w świecie, w którym się narodził.
— Do zobaczenia w innym życiu — odpowiedziała cicho z nieukrywanym wzruszeniem w oczach.
Zarzucił kurtkę na ramię i odwrócił się od niej, kierując drogą przed siebie. Chwilę patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę. Szedł beztroskim krokiem, jakby na spotkanie błahej sprawy. Był coraz dalej i dalej, aż w końcu Hana odwróciła się od niego i sama poszła przeciwną ścieżką, gdzie czekali na nią rodzice i spokojne, nieskomplikowane życie.
Oddalali się od siebie z każdą sekundą, z każdym postawionym krokiem, z każdym zrywem wiatru, przemykającym niesfornie po koronach drzew. Tylko serca pozostały w tym samym miejscu, złączone silną więzią, której nie rozerwały nawet najdalsze kilometry dróg.

The End.




***
Jest to ostatni rozdział "Księcia z piekła rodem", więc wypada mi pozostawić dłuższy komentarz podsumowujący :) Publikacja tego opowiadania zaczęła się drugiego lutego, więc sami widzicie, jak szybko przeleciał czas. Jest to także trzecie, w pełni zakończone opowiadanie na tym blogu. Jego napisanie zawisło w powietrzu z powodu kryzysu weny, o czym już nie raz wspominałam. Uważam, że pomysł miałam dobry, ale nieco go nie wykorzystałam. Nie uważam Księcia za twór w pełni udany, ale cieszę się niezmiernie z tego, co zrodziło się z pod mojej ręki. Gdyż w całości to opowiadanie wcale nie jest takie złe. Pojedyncze rozdziały może, ale na całość nie mogę narzekać :) Dziękuje Wam za wsparcie i ciepłe słowa, to Wy uczyniliście to opowiadanie lepszym niż na to zasługiwało. Dziękuje po raz kolejny za Waszą obecność. 
Mam dla was już dwie, nowe historie: Krzywe Niebo i Just for a While. Nie jestem pewna, co dać wam najpierw, chociaż zamierzam rozdziały publikować na zmianę, ale co wolicie najpierw? Wasza decyzja pomoże mi zdecydować.
Pozdrawiam was ciepło :*

14/15.Cena zdrady.

Czy zawsze wiatr był taki przenikliwy, że dotykał wręcz samych kości w ciele? A może to oczy Tao wyzierały lodowatym powiewem?
Hana dostrzegała surowe oblicze mężczyzny zza ramienia Narumiego, który osłaniał ją podobnie, jak tamtego wieczoru, gdy chowała się za krzewami. Teraz nie miała jednak szansy pozostać niezauważoną.
Cios w żuchwę, nagły i silny, powalił Asakurę na ziemię. Narumie zatoczył się w tył, wpadając na Hane, której udało się zachować równowagę i nie upaść.
— Ty zdrajco! — Tao warknął przez zaciśnięte zęby. Niedawno stracił brata, a teraz i bratanka. Nic nie zdołało wcześniej zaboleć go równie mocno. A więc ta rozpuszczona Amika miała racje! Co za dureń z niego, skoro jej wtedy nie uwierzył! Może to pozwoliłoby uniknąć nieszczęścia, jakim była zdrada Narumiego?
— Ukarz mnie, ale ją zostaw w spokoju — powiedział chłopak, ścierając powoli i spokojnie krew z kącika wargi.
— Myślisz, że to takie proste? — Z ust mężczyzny wyrwał się ordynarny śmiech. — Co ty sobie wyobrażałeś postępując ten sposób? Zawsze chciałeś zyskać uznanie Dziadka, ale wszystko schrzaniłeś! — krzyknął z rozczarowaniem. Wstyd się przyznać, jednakże zależało mu na tym pieprzonym szczeniaku i nie potrafił znieść myśli, że wszystko obróciło się w niwecz.
— Proszę, nie rób nic głupiego! — Amika doskoczyła do ramienia mężczyzny, błagalnie szukając jego spojrzenia. — Możemy zapomnieć o wszystkim, co tu się dzieje, nikomu nic nie powiedzieć. Zabijemy tę małą zdzirę i ułożymy własną wersję wydarzeń.
— Słyszysz, co mówisz!? — Narumie krzyknął ogłuszająco, wpatrując się w panienkę Chinatsu wściekłym wzrokiem. — Jeżeli ją tkniecie, to ja was zabije.
Tao znów się roześmiał, głośno, psychodelicznie niczym wariat na krawędzi życia. Hana jeszcze nigdy nie odczuła tak silnego strachu. Nawet Kato Sawao był mniej diaboliczny od wuja Narumiego.
— Patrzcie, patrzcie. Zdrada sypie się z twoich ust, szczeniaku. Gdzie twoje poczucie lojalności względem rodziny, klanu, całej mafii? — spytał nienaturalnie spokojnym tonem. — Nie tak cię wychowaliśmy.
— Kto mnie wychował?! — sprzeciwił się Narumie, wyzywająco unosząc podbródek. — Ty? Matka, której nie dano mi poznać? Czy ojciec, którego zamordowano, a którego nie widziałem dziesięć lat?
— Zamknij się! — Tao znów wymierzył mu siarczysty cios. — Twój ojciec przewraca się teraz w grobie. Zginął jako lojalny członek Yakuzy. Do samego końca bronił dobrego nazwiska naszej rodziny, był oddany do ostatniej kropli krwi, a ty? Ty jesteś śmieciem, który położył pod ostrze noża całe swoje życie dla życia jakiejś nędznej licealistki!
— Kiedyś bym się tym przejął — rzekł Narumie z głupim uśmieszkiem. — Ale teraz mam gdzieś twoje poglądy. Jestem lojalny przede wszystkim samemu sobie. Całe życie oglądałem ludzi pokroju Kobayashi’iego. Jeżeli takie zachowanie jest godne podziwu i szacunku, to gardzę nim. Bronię Hany, ponieważ nie zrobiła nic złego, ponieważ nie do nas należy decydowanie o tym ile ma żyć. Nigdy nie zdradziłbym klanu, gdyby w jego szeregach pewne zasady nie były tak okrutne i bestialskie!
Tao znów uniósł pięść, ale Amika stanęła pomiędzy nim a chłopakiem.
— Nie! Jeżeli go tkniesz, wydrapię ci oczy!
— Zmiataj, suko! To nie twoja sprawa! — ryknął Tao, ale Amika ani drgnęła, mierząc go zaciętym spojrzeniem. Nie pozwoli skrzywdzić Narumiego, nigdy!
Hana drżała na całym ciele, nie zdolna do jakiegokolwiek ruchu. Miała nadzieje, że to wszystko jest tylko głupim snem, ale nie liczyła na obudzenie. Po prostu taka myśl pozwalała jej nie stracić całkowicie rozumu ze strachu.
Tao opuścił dłoń i zmienił taktykę. Rzucił się w stronę panienki Okamoto z furią. Narumie stanął mu na przeszkodzie i między mężczyznami powstała zażarta walka. Przez chwile nie byli niczym innym jak tylko zakurzonym zlepkiem ludzkich ciał, tarzających się po asfalcie i wydającym wściekłe krzyki.
Hana patrzyła na to z przerażeniem, a kolejne krople łez spływały po jej policzkach i schły na lodowatym wietrze.
— To wszystko twoja wina. — Usłyszała roztrzęsiony, nienawistny głos Amiki. Dziewczyna stała naprzeciw niej, a łzy drżały na powierzchni jej oczu niczym płomienie ognia. Hana przełknęła z trudem ślinę, cofając się kilka kroków. Amika tymczasem wyjęła za paska spódnicy broń i wycelowała w okolice serca dziewczyny. Nie wiadomo skąd wzięła pistolet, ale panienka Okamoto nie miała czasu tego rozważać.
Otworzyła usta by coś powiedzieć i się bronić, ale struny głosowe całkowicie zamarły.
— To ty ściągnęłaś na Narumiego kłopoty… — Mówiła dalej, a Hana wyciągnęła przed siebie ręce, chcąc protestować.
Było jednak za późno. Nim Tao i Narumie zrozumieli sytuacje i nim desperacki krzyk wyrwał się z piersi Hany, powietrze rozdarło się pod wpływem huku wystrzału.
Najpierw poczuła ciepło własnej krwi. Nie wiedziała, gdzie została postrzelona, ale woń posoki dotarła do jej nozdrzy. Cały świat zamarł, stał się martwym obrazem, który zaczął się od niej gwałtownie oddalać. Spadła w odmęty bezdennej ciemności.

***

Dźwięki dochodziły do niej z bardzo daleka. Ciemności wciąż stanowiły barierę nie do przekroczenia, ale kontakt ze światem powoli wracał. Słyszała oddalone, śpieszne kroki. Ktoś rozsunął drzwi, a potem zaskrzypiała podłoga. Zaraz potem rozległ się dźwięk otwieranej szafy i jej zamknięcie.
— Budzi się. — Usłyszała kobiecy głos gdzieś ponad głową. Dryfowała teraz w lekkich odmętach świadomości, dźwięki przybliżały się i oddalały, a ona chciała unieść powieki.
— Musimy ją zanieść przed jego oblicze. Nie ma rady.
— W takim stanie!? Zwariowałeś!
— Kto wie, czy i tak nie umrze? Co za różnica?
— Biedny panicz Narumie. Nawet nie chcę myśleć, co z nim będzie, a do tego, cały czas pyta tylko o nią.
Hana podjęła jeszcze jedną, tym razem o wiele bardziej zdecydowaną, próbę otworzenia oczu i udało się. Powieki lekko drgnęły, a potem rozkleiły się, wpuszczając do tęczówek wiązkę oślepiającego światła.
Zmarszczyła brwi, zaskoczona bolesnością bodźca, ale nie miała zamiaru się poddawać, toteż powoli przyzwyczajała się do jasności. Z niej zaś zaczęły wyłaniać się rozmazane plamy, które z sekundy na sekundę nabierały ludzkich kształtów, aż dostrzegła wpatrzone w nią dwie twarze. Jedną męską, drugą kobiecą.
— Patrz, obudziła się — powiedziała kobieta z zaskoczeniem.
— Pomóż jej wstać.
— Ale…
— Musisz! No już!
Hana poczuła, jak obce dłonie wsuwają się pod jej plecy, a potem zmuszają, żeby się podniosła. Nieznośny ból przeszedł promieniście po brzuchu. Jęknęła głośno, nie rozumiejąc dlaczego ją boli. Dopiero po chwili przypomniała sobie o Amice i trzymanym przez nią pistolecie. Czyżby wystrzelił?
— Nie martw się, złotko. Będzie dobrze. — Głos kobiety wdarł się pocieszająco do jej uszu, ale śmiertelnie się przeraziła. Bogowie! Była wśród nich, wśród zimnych zabójców! Gdzie jest Narumie?
— Przestań się z nią cackać. Nic jej nie będzie — warknął niecierpliwie mężczyzna, którego Hana nie umiała rozpoznać. To zdecydowanie nie był Tao.
Zadrżała z bólu, gdy zmuszono ją, by stanęła na nogach. Kolana chwiały się i drżały, jakby była sparaliżowana. Prawie nie czuła stóp i gdyby nie łaskawe ramie kobiety, zapewne upadłaby na podłogę.
— Gdzie ja jestem? — zapytała, nie poznając własnego głosu. Brzmiał niczym u staruszki, zachrypnięty i okrutnie niezdolny do układania dźwięków w słowa.
— To nie ma znaczenia, złotko. Po prostu rób, co ci każe, dobrze? Musimy gdzieś teraz iść. Ktoś bardzo chcę cię zobaczyć.
— Narumie? — Miała nadzieje.
— No cóż, on też tam będzie. Zrób chociaż krok.
Na wieść o zobaczeniu się z Asakurą wstąpiły w nią nowe siły, toteż pomimo strasznego bólu w podbrzuszu nogi zaczęły z nią współpracować i posuwistym krokiem brnęła z kobietą do przodu, w asyście nieprzyjaznego wzroku mężczyzny.

***

Został brutalnie rzucony twarzą na posadzkę. Pomieszczenie wypełniło się odgłosem jego zderzenia z drewnianą podłogą. Tysiące oczu wpatrywało się w niego z niedowierzaniem i niemym pytaniem „Czy naprawdę był w stanie to zrobić?”.
Zawsze cieszył się nienaganną reputacją, wywodził się z jednego z bardziej poważanych klanów, jakim była rodzina Asakura, jego ojciec słynął z wielu zasług dla mafii, a wobec niego mieli wiele ambitnych planów. Miał przecież zajść tak daleko!
A teraz leżał jak długi przed obliczem najpotężniejszego człowieka z pośród wszystkich. Tego, który miał pierwsze i ostatnie zdanie, a żadne prawo nie stało ponad nim oprócz boskiego. Narumie płaszczył się przed obliczem mężczyzny, zwanego Dziadkiem.
Jeszcze nie tak dawno zrobiłby wszystko, by ten zechciał spojrzeć na niego z podziwem, nawet teraz czuł pełen respekt w jego obecności i pewien, trudny do zwalczenia, podziw.
Dziadek był około siedemdziesięcioletnim mężczyzną o sile większej niż wskazywałby na to jego wiek. Wyglądem przypominał do złudzenia dawnych uczonych Japonii. Wyłysiał całkowicie na czubku głowy, ale gęste włosy rosły mu bo bokach, białe jak śnieg. Małe oczka, osadzone blisko siebie były podłużne i przenikliwe, jakby nic nie mogło umknąć jego uwadze. Prosty nos wznosił się ponad zakrzywionymi w surowości ustami, a cała twarz usiana była zmarszczkami, które nadawały mu charakteru. Siedział na krześle ozdobionym rzeźbieniami niczym na królewskim tronie, a na sobie miał ciemne kimono. Z rękawów wyłaniały się jego skostniałe dłonie, zaciśnięte na poręczach krzesła.
Narumie nie śmiał podnieść wzroku, ale drgnął, gdy drzwi dużej sali rozwarły się, a szept przebiegł po ustach zebranych w zastraszającym tempie.
— To ona, kochanka Narumiego! — Usłyszał.
Oderwał twarz od podłogi, szukając Hany wzrokiem. Znalazł ją przy drzwiach, wspartą na ramieniu kobiety z klanu Noboru. Odetchnął z ulgą, widząc, że przeżyła. Nikt wcześniej bowiem nie kwapił się odpowiadać na jego pytania o nią, co powoli doprowadzało go do utraty zmysłów.
Ale i tak nie było dobrze. Hana człapała nogami, a z jej twarzy emanował wysiłek jaki wkładała w to, by tu przyjść. Nie dało się również przeoczyć bólu, który widniał w jej oczach. Z pewnością zadbano o to, by wyjąć z jej ciała kulkę i zeszyć ranę, ale czy dano jej środki przeciwbólowe? Czy odkażono postrzelone miejsce? Czy pozwolą jej mimo wszystko żyć dalej?
Wiedział, że zadbali o nią tylko po to, by dała radę stawić się w tej sali.
— Gdzie twój szacunek, głupcze!? — Ktoś uderzył go butem w ramię, przewracając na nowo na ziemie.
— Więc ty jesteś Okamoto - san? — Głos Dziadka rozbrzmiał w sali klarownie, rozprzestrzeniając natychmiastową ciszę.
Posadzono Hanę na jednej z mat nieopodal Narumiego, ale w jego odczuciu i tak znajdowała się za daleko. Złapała się boleśnie za brzuch, krzywiąc brwi i usta.
— Tak, Sensei — odezwała się cicho.
Mężczyzna kiwnął głową, nie odrywając od niej spojrzenia.
— To ty widniejesz na nagraniu z tamtego wieczora?
— Tak, Sensei.
— Miałaś zamiar komuś o tym powiedzieć?
Chwila ciszy.
— Tak, Sensei, ale teraz już wiem, że nie mogę.
Narumie nie krył podziwu. Odpowiedź była prawidłowa, nie próbowała ściemniać, zapewniając o swojej lojalności, w którą by nie uwierzyli, lecz wyznała czysto ludzkie zamiary. Mogła na tym zdecydowanie więcej ugrać.  
— Narumie… — Uwaga Dziadka skierowała się teraz na niego. Chociaż nie mógł podnieść wzroku, czuł na sobie wibracje, jakie emanowały z ciała mężczyzny. — Jesteś dla nas wszystkich ogromnym rozczarowaniem. Pokazałeś, jak niewiele znaczy twoja lojalność, a także, że zwykłe uczucia są w stanie zdusić w tobie honor klanu. Działałeś na własną rękę, chociaż twoim obowiązkiem było zwrócić się do mnie od razu, gdy zapragnąłeś oszczędzić życia tej dziewczynie. Uważałeś, że nie będę w stanie jej ułaskawić? — zapytał ostrym tonem.
Narumie wciągnął haust powietrza do płuc, zastygając w bezruchu.
— Przepraszam, Sensei — odezwał się — Ale niczego nie żałuje. Drugi raz postąpiłbym tak samo.
Kolejny szept oburzenia przetoczył się przez salę.
— Dziadku, to tylko głupi dzieciak. Jeszcze nie wie, co robi — Amika wyłoniła się z pośród zebranych z błaganiem zarysowanym w tęczówkach.
Wzrok Dziadka powędrował ku niej ze stalowym błyskiem.
— Chinatsu – san! — zagrzmiał tubalnie, aż skuliła się z przerażenia. — Doszły mnie słuchy, że na własną rękę próbowałaś zgładzić dziewczynę, powołując się na moje imię! Twoja bezczelność nie zna granic! Rozczarowałaś mnie podwójnie! Jesteś taka sama jak Narumie, kontrolowana przez emocje. Postrzelenie Okamoto-san było z twojej strony ogromnym wykroczeniem!
— Ale, Sensei, próbowałam działać na korzyść Yakuzy... — jęknęła desperacko, ale uniósł dłoń i zmusił ją tym gestem do zamilknięcia.
— Dosyć! Lojalność wobec klanów nie może być podyktowana egoizmem, a gdy dopuściłaś się tych wszystkich, karygodnych czynów myślałaś jedynie o własnym interesie. Mylę się? — Wbił w nią surowe spojrzenie.
Spuściła głowę, klękając pokornie.
— Nie, Sensei. Masz racje, przepraszam. — Musiała się upokorzyć, bowiem dotarło do niej, że już dawno przekroczyła granicę relacji z Dziadkiem i może narazić się na nieprzyjemności.
— Zatem, nie pozostaje mi nic innego, jak wyciągnąć z tego zdarzenia konsekwencje. Winni muszą ponieść karę. Przede wszystkim ty, Narumie. Twoja zdrada jest niewybaczalna. Jeżeli się powtórzy, zostaniesz zabity. Tymczasem, mam nadzieje, że po porządnej chłoście wrócą ci wartości, wpajane tobie od dziecka.
Hana zamrugała oczami, na chwile odrywając umysł od bólu. Czy on, ten człowiek, wspomniał coś o chłoście? Z przerażeniem zauważyła, jak dwoje, silnych mężczyzn łapie Narumiego za ramiona i odciąga na bok.
Wywlekli go na zewnątrz, przez otwarte tarasowe drzwi. Gdziekolwiek się teraz znajdowali, musiało być to jedno z miejsc całkowicie podległych Yakuzie, ponieważ nikt nie przejmował się, że ktoś niepożądany może ich zobaczyć.
— Nie — szepnęła, wstając zbyt prędko na nogi. Ból tak ją osłabił, że niebezpiecznie się zachwiała, ale dłonie kobiety, która cały czas była przy niej, znów ją podtrzymały.
— Spokojnie, złotko. Pomogę ci tam dojść, nie martw się. Ale zlituj się, i idź trochę wolniej, co? Postrzelono cię kilka godzin temu, zaraz pozrywasz sobie szwy.
Amika podniosła głośny lament, błagając nie wiadomo kogo o to, by nie czynić Narumiemu żadnej krzywdy, ale natychmiast została uciszona solidnym uderzeniem w policzek przez Tao, który do tej pory uparcie milczał, nie robiąc absolutnie nic, by pomóc bratankowi. Na swój sposób cierpiał, zawsze darząc uczuciem chłopaka, ale jego oddanie mafii i poczucie obowiązku przestrzegania jej zasad sprawiło, iż wierzył, że Narumie zasłużył na karę. Ta zaś, była wysoce łagodna, gdyż za zdradę przeważnie karano śmiercią.  
Hana jakimś cudem zdołała wyjść na zewnątrz, nie mdlejąc po drodze z nadmiernego wysiłku. W jej oczach zamigotały desperackie łzy, gdy zobaczyła, jak przywiązują Asakurę do pnia drzewa, uprzednio pozbawiwszy go górnego odzienia.
Jakiś człowiek wyjął z pokrowca pejcz, jakby żywcem wyjęty z czasów historycznych i zamachał nim z lubością w powietrzu.
Jeden trzask, drugi trzask, trzeci trzask. Narumie zwijał się z bólu, wydając bolesne dźwięki, ale nie wrzeszczał tak, jak zrobiłby to nie jeden na jego miejscu. Można było stwierdzić, że w jakimś sensie uodpornił się na ból.
Hana natomiast zapomniała natychmiast o własnym bólu, gdy tylko zobaczyła krew na plecach Narumiego. Oni wszyscy byli bezlitośni, wstrętni, obrzydliwi i okrutni.
Wyrwała się z uścisku kobiety i przedarła do przodu, padając na kolana tak gwałtownie, jakby podcięto ją w kolanach.
Zdobyła jednak siły, by krzyknąć z rozpaczą tak głośno, aby wszyscy ją usłyszeli.
— Dosyć! Przestańcie! — Łkała jak dziecko, bezsilne i opuszczone. — Przysięgam, że zrobię wszystko, co chcecie, tylko nie róbcie mu krzywdy. Błagam, zrobię wszystko…przysięgam!



***
Jestem niezmiernie ciekawa waszych komentarzy, ponieważ pod poprzednim postem daliście pozytywne punkty Amice :) A tu proszę, taka niespodzianka. Amika to bardzo złożona postać. Dla tych, których kocha jest w stanie dużo dobrego zrobić, ale uczyni jeszcze więcej zła względem osób, które nienawidzi. Trudno ją usprawiedliwić, ale ona była wychowywana w środowisku mafijnym, od dziecka uczona, że wolno jej rozprawiać się z ludzkim życiem. Ja, chociaż jest postacią niewątpliwie mroczną i złą, bardzo ją lubię. :D O wiele bardziej niż samą Hanę :) Pozdrawiam was serdecznie :*
Następny odcinek będzie odcinkiem ostatnim!