Pokazywanie postów oznaczonych etykietą so happy together. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą so happy together. Pokaż wszystkie posty

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY - ostatni.



Pięć lat później.
Nad wybrzeżem Jeju właśnie zachodzi słońce, rozlewając na niebie plamy różu i pomarańczy. Jest środek lata, upał nieco zelżał, a błękitne wody Morza Żółtego oblewają rozgrzany piasek plaży, gdzie zaczynają błyskać neonowe światła wesołego miasteczka: Wielkie Młyńskie Oko nawołuje skoczną, cyrkową muzyczką, a clowni w śmiesznych, za dużych butach rozdają dzieciom pieski z dmuchanych balonów.
Wśród turystów można dojrzeć nie tylko rodowitych Koreańczyków, ale również zagranicznych gości w skąpych strojach kąpielowych, których jasne włosy odznaczają się od reszty plażowiczów.
Powietrze przesiąknięte solą owiewa letnią bryzą twarz An, która nieśpiesznie spaceruje rozgranymi deskami plażowego deptaka, wsłuchując się w dziecięce piski pełne radości oraz wesołą muzyczkę, płynącą z pobliskich automatów.
Brązowe włosy rozwiewa wiatr, a usta oblepione są cukrem z waty cukrowej, zakupionej na pobliskim stoisku.
Rok temu uzyskała licencjat z oceanologii i po wakacjach ma rozpocząć swój pierwszy staż w miejscowym oceanarium, badając skład mórz i ogólnie wodnego środowiska u wybrzeży Wyspy Jeju.
Teraz jednak cieszy się urokami letniego wieczoru, spoglądając od czasu do czasu ku niebu, z wolna zapełniającego się punkcikami gwiazd. Na jej wargach powoli wykwita senny, pełen zadowolenia uśmiech, nakropiony odrobiną melancholii, jaką wywołują u niej zakochane pary, których na plaży nigdy nie jest dość.
W pewnym momencie słyszy za plecami tupot małych stóp, a po chwili spocona ręka dosięga jej palców.
— Mogę jeszcze raz? — Dziecięcy głosik specjalnie nasiąka tym większą słodyczą, aby stopić jej wymagające serce.
An Ha spogląda w dół, na niewysokiego, pyzatego chłopca o wielkich, rozbrajających oczach w kolorze gorzkiej czekolady, uśmiechającego się do niej z urokiem małego kociaka.
— Goo Min, który to już raz? Chcesz zwymiotować?
— Ależ mamooo! — Chłopiec mocniej wszczepia się w jej rękę, przeskakując z nóżki na nóżkę. — Jeszcze tylko raz! Tym razem ostatni! Słowo honoru! — I z poważną miną, niepasującą do pięcioletniego chłopca, podnosi rękę na znak przysięgi.
An Ha mimowolnie wybucha śmiechem, tarmosząc chłopca po niesfornej czuprynie.
— Aish! Doprawdy chyba jesteś wiedźmy mi cię podrzuciły do kołyski, łobuzie. Jak nic posługujesz się czarami, bo nie potrafię ci niczego odmówić — stwierdza żartobliwie, a na policzkach chłopca rozkwitają rumieńce głębokiego zadowolenia.
— Czy to znaczy, że się zgadasz?
— A niech stracę! Tylko, żeby potem nie było, że nie ostrzegałam! — Wciska w jego małą rączkę kilka monet na przejazd kolejką. — I masz na siebie uważać! — wykrzykuje, gdy chłopiec już biegnie ku ukochanej przygodzie, dostarczanej mu przez wesołe miasteczko.
Dziewczyna ujmuje się pod bokiem, kręcąc głową. Jest taki podobny do ojca, skóra zdjęta.
Potem przez kilka minut z radością obserwuje ekstazę na twarzy synka, gdy kolorowe wagoniki kolejki suną po przeszkodach, dostosowanych do młodszych pasażerów podróży.
Morski wiatr czesze jej włosy, w nozdrza uderza słonawy smak powietrza, a An z czułością obserwuje poczynania dziecka, kolejny raz uświadamiając sobie, jak wspaniale jest być matką, ile nowych, czystych uczuć rodzi się wówczas w sercu kobiety.
Gdy na świat przychodzi twoje dziecko, wszystko się zmienia, nic już nigdy nie wróci do starych punktów, dawna beztroska odejdzie bezpowrotnie, zastąpiona licznymi wyrzeczeniami, stawianiem siebie poniżej potomka, ale w zamian otrzymuje się niezgłębione pokłady miłości, które nie raz pomogły dziewczynie odbić się od dna.
— Było super! Och, mamo, widziałeś, jak wysoko jechałem?! — Mały Goo dopadł jej nogi i zadarł wysoko głowę, by upewnić się, że matka tryska podziwem nad jego popisami.
An uśmiecha się z zadowoleniem.
— Ależ jasne! Prawie do samych chmur! I że nic się nie bałeś!
— Nic a nic, mamo! — Chłopiec wypiął dumnie pierś. — I naprawdę będziemy tutaj mieszkać już na zawsze? — Patrzy na nią z nadzieją.
An Ha wybucha krótkim śmiechem, mierzwiąc synka po włosach.
— Czy na zawsze to jeszcze zobaczymy, Goo, ale na razie to jest nasz dom!
— Yey! — Chłopiec robi radosny podskok. — I jutro też przyjdziemy popływać?
— Jeżeli ładnie poprosisz…
— PROSZĘ MAMO!
— Może na razie skupmy się na kolacji, co? Tylko lody zajadasz.
— Zrób ten pyszny makaron, co zawsze! — wykrzykuje chłopiec.
An bierze go za rękę i razem idą spacerowym krokiem wzdłuż plaży, a wielkie, dorodne słońce, na wpół zanurzone w fałdach morza, opromienia ich oślepiającym blaskiem.
Ponad rozgrzanym piaskiem, na wstęgach silnego wiatru niosą się dźwięki ich radosnych słów.

KONIEC



ROZDZIAŁ SZESNASTY

Czuje w buzi smak ziemi, który ściera z obrzydzeniem z ust. Oczy ma przekrwione, zalane łzami, przez co początkowo nie może rozeznać się w otoczeniu.
Pole kukurydzy. Żółte kiście falują pod dotykiem łagodnego wiatru. Wiatr nie jest bowiem zainteresowany adrenaliną, buzującą w ciele An.
Czy ona naprawdę słyszała wystrzał? Ktoś strzelił?
— Jimin… — szepcze z trwogą i na drżących nogach podejmuje próbę podniesienia się z ziemi.
Nogi ma jak z waty, trzęsące się i niestabilne, skore kolejny raz odmówić posłuszeństwa, po czym pozwolić dziewczynie upaść.
Nie wie, czy powinna krzyknąć. Wtedy zdradzi swoją lokalizacje, ale z drugiej strony… jeżeli Jimin gdzieś tam jest? Ranny i potrzebujący jej pomocy?
Na samą myśl o tym, czuje w ustach metaliczny posmak dzikiego strachu.
— Jimin!? Gdzie jesteś? — krzyczy, rozglądając się desperacko wokół. Wszędzie tylko kukurydza, długa, niekończąca się kukurydza. — Jimin! Odezwij się! Jimin! — Biegnie na oślep, nie będąc nawet pewna, czy obrany kierunek zaprowadzi ją na ścieżkę.
Jest jej wszystko jedno, chce tylko zobaczyć brata, upewnić się, że nic mu nie jest.
Nagle słyszy, że ktoś z naprzeciwka idzie w jej kierunku. Kukurydza złowrogo szeleści, słychać chrzęszczenie kroków.
An Ha cofa się i obiera kierunek odwrotny, biegnąc tam skąd przyszła, chociaż prawdę mówiąc nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest wschód, a gdzie zachód.
Nagle potyka się o kamień i brutalnie upada.
— Nie! — krzyczy, gdy ktoś łapie ją za ramiona. — Nie! Puszczaj! Nie! Przysięgam, że wydrapie ci oczy! Jimin!
— Spokojnie, to ja! — Słyszy dobrze znany głos i omal nie wybucha płaczem.
— Jong Goo! — Odwraca się i ściska ukochanego za szyje z całą desperacją, jaką odczuwa.
— Jestem! Zajmę się wszystkim.
— Jimin… nie wiem, gdzie jest mój brat! — Chwyta mężczyznę za rękę, a jej wielkie, przestraszone oczy wiercą mu dziurę w twarzy.
— Znajdziemy go.
— Słyszałam wystrzał! O Boże, ktoś strzelił! Ktoś strzelił, Goo! Słyszałam, jak…
— Ciii, spokojnie. Po prostu się stąd wydostańmy. — Chwyta ją mocniej i po kilku chwilach wyprowadza poza pole.
To co An Ha widzi przechodzi jej najśmielsze oczekiwania. Przed magazynem aż roi się od samochodów. Rozlokowani tu i tak mężczyzny mają broń i celują do siebie wzajemnie.
Wśród całego tego widowiska króluje sam King z papierosem w kąciku ust i naładowaną lufą, wycelowaną prosto w głowę Ki Tsu leżącego na ziemi z raną postrzałową w okolicy brzucha.
— Skurwiel! Pożałujesz, że się urodziłeś! — Ręka Kinga drży. Oczy ma przekrwione nienawiścią, aż dygocze z furii. Czoło rosi mu pot.
— No zabij mnie! — Ki Tsu śmieje się psychicznie, wypluwając krew z ust. — Zrób to wreszcie, śmieciu.
— Rian… przysięgam, że zabicie ciebie to byłaby mało dotkliwa kara za to, co jej zrobiłeś, skurwielu! — krzyczy King. — Będę cię torturować tak długo, aż zapiszczysz jak mała dziewczynka!
— Tak jak i ona… — Tsu szczerzy zęby w uśmiechu. — Rian skamlała jak piesek. Nie zabijaj mnie, Tsu. Proszę, nie zabijaj mnie. — Naśladuje jej głos, czerpiąc z niego radość.
— Ty sukinsynu! Zabije cię! Zabije cię! Zarżnę jak kundla! — King traci panowanie nad sobą i oddaje aż trzy strzały.
Niebo rozdziera intensywny huk. Jeden za drugim, jeden za drugim, powietrze wypełnia woń siarki.
An Ha kurczy się, chowając twarz w zagłębieniu ramienia Jong Goo. Krzyczy, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest przerażona.
Nastała później cisza dzwoni jej w uszach.
— Wszystko dobrze, już po wszystkim. — Jong całuje ją w czubek głowy, An Ha nie może przestać płakać.
— Jimin…
— Znaleźliśmy chłopca — odzywa się jeden z popleczników Kinga, targając za sobą szarpiącego się nastolatka.
— Jimin! — An Ha wyrywa się od Jong Goo by paść w ramiona brata. — Myślałam, że cię postrzelono, że nie żyjesz… — Łka mu w szyje.
— W porzo, mała. Jak widać jeszcze nie oberwałem w cztery litery. — Jiminowi włącza się żart.
Odpowiedzią siostry jest mocny cios z pięści w tors.
— Ani się waż wygłupiać! Nie w takiej chwili! — Jest na równi zła co szczęśliwa, dlatego na jej twarzy widać zarówno uśmiech jak i łzy.
Kiedy już trochę ochłonęła, odwraca się do Jonga, który rozmawia o czymś z Kingiem.
Mimo, że An Ha nie darzy Kinga zbytnim zaufaniem, odważa się podejść do tej dwójki.
— Skąd wiedzieliście, że tu będę?
King dopala papierosa, nie obdarzając jej nawet spojrzeniem. Wciąż jest łzy.
— Już od dawna miałem Tsu na oku — mówi Jong. — Niedawno w jego mieszkaniu zostały znalezione zdjęcia torturowanych kobiet. Tsu był psychiczny.
— Nie trudno uwierzyć. — An Ha kręci głową, wciąż nie mogąc uwierzyć, że prawie otarła się o najgorsze. Dyskretnie ściska rękę Jimina, który wygląda na zdegustowanego.
— Siorka, znasz tych ludzi?
— To długa historia, Jimin. Naprawdę długa, a ja nie mam siły teraz tego tłumaczyć — wzdycha zmęczona.
Jimin wygląda, jakby chciał się z tym sprzeczać, ale odpuszcza. Zamiast tego porusza inny temat.
— Wiesz, co z ojcem? Kurczę… po tym jak oboje zniknęliście byłem pewien, że was porwano.
An Ha wciąga powietrze do płuc. Nie wie, jak to powiedzieć, ale musi.
— Jimin… nasz ojciec… on nie żyje — wykrztusza.
— Nie żyje? — Chłopak krzywi nos. — Dlaczego? Co się stało?
— Popełnił samobójstwo. Wiesz, jaki on był… gdy pojawiały się problemy uciekał.
— Naprawdę masz mi wiele do wyjaśnienia! — Jimin cofa się. Potrzebuje chwili, aby zebrać myśli, aby to przyswoić. Podobnie, jak wcześniej w przypadku An tak i w przypadku Jimina nie pojawiają się żałobne łzy.
Kochali ojca, ale życie z nim było na tyle trudne, że nie sposób go opłakiwać. Pozostawił po sobie jedynie gorzkość rozczarowania.
— Boże… An Ha… — Jong Goo ściska ramie dziewczyny. — Nawet nie wiesz, jak się bałem! Dlaczego odeszłaś?
— Nie miałam wyboru! — Przybiera wyraz skruchy. — Ki Tsu miał Jimina. Musiałam grać jak mi zagra — mówi ze smutkiem.
— Wiesz, że mógłbym cię nigdy nie odnaleźć? Że mogłaś zginąć? — Jong wygląda na dogłębnie poruszonego, a jego strach jest w jakiś sposób przyjemny dla dziewczyny.
Ktoś się o nią martwił. Dawno nie czuła, że komuś na niej naprawdę zależy.
— Dosyć tych mdłych czułości. — King rzuca papieros na ziemie i z gniewem go zgniata. — Trzeba posprzątać ten bałagan. Pewnie za jakąś godzinę zjadą się tu gliny.
Jong kiwa głową i rozgląda się po otoczeniu w zamyśleniu. Na ziemi leży kilka ciał. Tsu i jego podwładnych. Nie jest ich dużo, ale coś trzeba z nimi zrobić. To brudna robota i An Ha raczej nie chce mieć z nią nic wspólnego.
Zastanawia się, co teraz z nią będzie. Skoro Tsu nie żyje nic nie stoi na przeszkodzie, aby mogła wrócić do domu, do szkoły i spróbować jakoś odkuć się z zaległościami.
Na pewno też straciła pracę w kurczaku, więc… będzie musiała poszukać nowej. Miała tyle spraw na głowie, że kiedy jeden z leżących na ziemi popleczników Tsu uniósł pistolet nie zorientowała się.
Kolejny wystrzał rozdziera niebo. Ktoś krzyczy. Odwraca się z impetem, nie rozumiejąc, co się stało.
Patrzy z niedowierzaniem na Jong Goo, osłaniającego swoim ciałem Kinga. Szkarłatna plama zaczyna rozrastać się na jego plecach tuż pod lewą łopatką.
— Nie! Nie, nie, nie! — wykrzykuje, gdy Jong Goo opada prosto w ramiona przerażonego Kinga.
Ktoś w tym czasie strzela do niedobitka, którym aż wstrząsa od siły zadanej kuli. Pada martwy, tym razem na dobre, ale swoje zrobił. Chciał zabić Kinga, ale to Jong oberwał.
— Ty durniu! Ty popieprzony durniu! — wrzeszczy King, szarpiąc za fraki przyjaciela, ale ten wygląda na tak słabego, że nie robi to na nim wrażenia.
An Ha przyklęka obok niego, roniąc obfite łzy.
— Dlaczego… — jęczy — Dlaczego to zrobiłeś?
— Nie mogłem… — szepcze Jong — pozwolić mu umrzeć. Zawdzięczam mu… wiele.
— Zawsze byłeś zdrowo popieprzony! — krzyczy King, z jego oczu także lecą łzy, co nie pasuje do człowieka jego postury. — Powinieneś był dać mi umrzeć, kretynie!
— An Ha… — Jong zaczyna po omacku szukać jej ręki.
Dotyka go z całą mocą, nie mogąc przestać płakać.
— Jestem. — Przykłada jego dłoń do swego policzka. Jest taka zimna. — Nie umieraj, proszę. Musisz ocaleć.
— Zawieźmy go do szpitala! Szybko! — King podrywa się z zamiarem ratowania go, ale Jong zaprzecza.
— Nie, to nie ma sensu… — Mówiąc to, cały czas patrzy na An. — Kocham cię, An Ha, naprawdę cię kocham… i dokądkolwiek pójdę, tam też będę cię kochał.
Łza płynie za łzą. An Ha czuje, że coś rozrywa ją od środka.
— To nie miało się tak skończyć… — Kręci głową. — Chciałam być z tobą. Kocham cię — powiedziawszy to, opiera czoło o tors mężczyzny, nie mogąc uwierzyć, że go traci. Tak po prostu, bez sensu.
Kiedy podnosi głowę Jong już nie żyje. Jego spokojna twarz i zamknięte powieki są łagodne, jakby spał.
— Nie! Nie! Nie możesz! — krzyczy An Ha panicznie. — Nie możesz mnie zostawić tak jak ojciec, słyszysz! Nie możesz! Zabraniam ci! Zabraniam ci. Obudź się! — szarpie nim desperacko, ale cokolwiek by nie zrobiła w tym ciele nie znajdzie już swojego Jong Goo. On odszedł.

***
— An Ha! An Ha, słyszysz mnie? — Dobiegające z oddali nawoływanie irytująco wdziera się jej w głowie z siłą młota pneumatycznego.
Ma ochotę unieść rękę i spróbować wyłączyć guzik, ale… guzik przypomina jej o Jong Goo. O tym, jak kilkakrotnie uderzyła go w nos.
Kiedy niechętnie otwiera oczy z pomiędzy mgły wyłania się obraz pokoju. Nad nią jawi się twarz brata.
— Gdzie ja jestem?
— U mnie, mały kłopocie.
— Hoona? — An Ha zrywa się do pozycji siedzącej, dostrzegając nagle za plecami brata znajomą postać.
— Tak, to ja. — Hoona macha jej ręką, chociaż twarz ma dziwnie smutną, nieco zawstydzoną. — Jak się czujesz?
— Ja… — Słowa więzną w gardle dziewczyny, kiedy przeszywa ją ból wspomnień. — Co z Jong Goo?
— Przykro mi, An. — Brat ze smutkiem głaszczę ją po ramieniu. — Naprawdę mi przykro.
— Nie! Cholera, nie! Muszę go zobaczyć! Natychmiast! — Podrywa się z łóżka, ale brat mocno zakleszcza ją w objęciu. — Puść mnie, Jimin, bo nie ręczę za siebie! Jak nic obije ci gębę! Nie żartuję!
— Wiem, że nie żartujesz. — Głos Jimina jest irytująco współczujący. — To nic nie da, An. On odszedł. Umarł. King zawiózł go do szpitala, ale tylko po to, by potwierdzić zgon. Nie było dla niego ratunku. Stracił dużo krwi i oberwał w kręgosłup. I tak czekałby go żywot inwalidy.
— Nie obchodzi mnie to! — An Ha wciąż próbuje się wyrwać. — Nie obchodzi mnie, czy byłby na wózku, bez nogi, bez ręki, cholera bez głowy nawet! I tak bym go kochała!
— Wiem, An Ha! Wiem to wszystko! — Jimin wciąż jej nie puszcza. — Ale on odszedł. Nic nie mogliśmy dla niego zrobić.
An Ha opada na ziemie i zanosi się szlochem. Hoona patrzy na nią z bólem z pewnej odległości. Nie poznaje przyjaciółki. An Ha bardzo się zmieniła. Nosi w sobie historie, której Hoona ani Jimin jeszcze nie słyszeli.
— Obudziła się? — Niespodziewanie do pokoju wchodzi jakiś chłopak. An Ha, zanosząc się szlochem, początkowo go nie poznaje, ale kiedy nieco się uspokaja, zamiera ze zdziwienia.
— To ty… — szepcze z niedowierzaniem. Ma na myśli tego samego chłopaka, który kilka dni temu spotkał ją wiszącą na drzewie. — Syn pani Choi.
— Tak, to ja… — Chłopak niepewnie przestępuje z nogi na nogę.
— Znacie się? — Hoona zachłystuje się szokiem.
— Przez chwile byliśmy sąsiadami. — Chłopak nerwowo drapie się z tyłu głowy.
— A skąd wy się znacie? — An Ha przemyka załzawionymi oczami od chłopaka do Hoony.
Przyjaciółka uśmiecha się niepewnie.
— To mój kuzyn, Choi Kim Ru.
— Taa… wygląda, że nie przedstawiłem wcześniej tobie. Wybacz mi. — Chłopak wygląda na jeszcze bardziej zawstydzonego, co jest do niego w ogóle nie podobne. Wciąż ma w pamięci jego irytujący śmiech i pewność siebie działającą jej na nerwy. A teraz wygląda, jakby opił się smutkiem.
— Co tu robisz? — odzywa się nieprzyjemnie. — Hoona nigdy o tobie nie mówiła.
— Rzadko pytałaś o moją rodzinę — tłumaczy Hoona przepraszająco.
— Dowiedziałem się, co się stało. W gazetach pisali o jakiejś strzelaninie za magazynem na obrzeżach Seulu — wyjaśnia Kim Ru. — Kiedy zniknęłaś jakiś czas temu wydało mi się to podejrzane. Zadzwoniłem do Honny i powiedziałem jej, że jakaś dziewczyna mieszka u mojego sąsiada za płotem i że zniknęła. Martwiłem się, szczerze mówiąc.
— A ja dodałam dwa do dwóch — wtrąciła Hoona. — Domyśliłam się, że mówił o tobie. Dlaczego się ze mną nie skontaktowałaś? Pomogłabym ci!
— Nic nie mogłabyś zrobić! — An Ha z gniewem ściera łzy. — Ci ludzie… lepiej nie mieć z nimi nic wspólnego. Wierzcie mi!
— Co do tego… — Nagle odzywa się Jimin. — King darował ci te długi. Chyba wiesz dlaczego.
— Przez wzgląd na Jong Goo. — Imię ukochanego wymawia z niezwykłym bólem. — Mam ochotę umrzeć! — Chowa twarz w kolanach. — Naprawdę chcę umrzeć. Byliśmy tacy szczęśliwi razem!
Jimin otacza ją ramieniem, po chwili do uścisku dołącza także Hoona. Trwają tak nieskończenie długie minuty, dzieląc wraz z nią ból.
Jest bezpieczna, ale rozdarta na strzępy. Nie taka sama jak kiedyś. Zupełnie inna. 

 


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

— Jong Goo. — King uprzejmie podnosi wzrok w momencie, gdy drzwi jego obskurnego biura otwierają się z hukiem. — A cóż to za zaszczyt? Ostatnio chodzisz swoimi drogami.
Jong nie odpowiada tylko od razu rzuca na stół, podłużną, brązową kopertę.
— Co to jest? — King nie sięga po nią, tylko spokojnie kładzie łokcie na blacie odrapanego biurka. Wydaje się nieco znudzony sytuacją.
— Dowód, że Ki Tsu zabił Rian.
Tętnica na szyi Kinga natychmiastowo się wybrzusza, a przyniszczoną twarz oblewa gorący, wściekły rumieniec.
— Jong Goo! — Ostrzegawczo podnosi głos, a jego pięści zaciskając się w twarde bryły.
— Zanim kolejny raz obijesz mi mordę, może łaskawie zajrzysz do środka?
King dyszy ciężko, chwile mierzy podwładnego ognistym spojrzeniem, aż w końcu decyduje się otworzyć kopertę, skąd wyjmuje plik makabrycznych zdjęć.
Wystarczy, że przegląda trzy z nich, a jego twarz natychmiast ściąga się w dół w wyrazie tragizmu i rozpaczy. Ten silny, zniszczony przez życie mężczyzna zaczyna ronić duże, masywne łzy, które toczą mu się po policzkach.
— Rian — szepcze — Skąd to masz, bydlaku!?
— Wiedziałeś, że Tsu ma swoją kryjówkę za miastem? — pyta Jong Goo, nie baczny na obelgę.
Nozdrza Kinga nadymają.
— Skąd to, masz, skurwysynu!? — Podrywa się gwałtownie z krzesła i chwyta Jong Goo za kołnierz, niemalże go dusząc. — Jeżeli masz cokolwiek z tym wspólnego to już dzisiaj jesteś martwy!
Jong bez mrugnięcia okiem patrzy szefowi w oczy.
— Miedziany koń…
— Słucham? — King wygląda, jakby się przesłyszał.
— Miedziany koń na zdjęciach, przyjrzyj się im uważnie.
King dyszy nieufnie, aż w końcu puszcza Jong Goo i kolejny raz, chociaż niechętnie zagląda do zdjęć. Nagle w tle fotografii dostrzega półkę, a na niej figurkę miedzianego konia. Tego samego, którego podarował Tsu na dziesięciolecie ich znajomości. Koń pochodzi z zabytkowej i kradzionej kolekcji z dynastii Ming.
Upuszcza zdjęcie na ziemie. Drży i cofa się, uderzając barkami o ścianę.
— Nie, nie, nie… — Chwyta się za włosy i rwie je sobie z głowy.
— To robota Tsu, teraz rozumiesz? Takich zdjęć jest więcej, nawet w jego mieszkaniu. Tysiące kobiet uwiecznionych przed obiektywem w momencie agonii. Tsu to psychol.
— Dlaczego? — King chwyta się za krzesło, jakby lada chwila miał powalić go zawał serca. — Dlaczego Rian? Dlaczego ona? Wiedział, że ją kocham…
— Wiedział i dlatego to zrobił, King — mówi z naciskiem Jong Goo. — Tsu udaje twojego przyjaciela, ale za plecami próbuje ci odebrać wszystko. Zawsze zazdrościł ci nie tylko sławy, ale także obrotu gotówki, ponieważ sam nie umie stworzyć niczego, co by dało jakiś zysk.
King słucha tego, garbiąc się przy krześle i łamiąc wszystkie swoje dotychczasowe przekonania. Znów ma przed oczami tamten deszczowy dzień, gdy Rian nie zjawia się na umówione spotkanie, gdy samotnie siedzi przy stole w restauracji, a ciężkie krople ściekają gęsto po szybie, rozmazując widok ponurej, seulskiej ulicy.
Kilka godzin później Rian ma już status zaginiony, a cała mafia Kinga zostaje postawiona na nogi, aby jej szukać w całej Korei Południowej. Miał nawet podejrzenia, że ukochana została porwana na północ. Tylko po co?
Tygodnie intensywnych poszukiwań, zastraszeń i podejrzeń kończą się tym, że jej ciało zostaje znalezione przez policje na jednym z wysypisk śmieci. Przez policje! Cholerną policję, a nie Kinga! Wszystkie wiadomości huczą, pokazują rozmazane zwłoki kobiety, której sekcja zwłok wykazała brutalny gwałt, pobicie i maltretowanie. Zmarła na wskutek uduszenia.
King wyje i odrzuca od siebie krzesło, następnie przewraca całe biurko wraz z papierami. Do gabinetu wbiegają jego chłopcy, są przestraszeni zachowaniem szefa.
Jong Goo kontempluje ten widok w milczeniu. Cierpi razem z wieloletnim przyjacielem, ale nic nie może zrobić nad to, aby świat King rozpadł się jak domek z kart.
— Zwołajcie ekipę — dyszy King do jednego z podwładnych. — Mają się zjawić za pięć minut, albo ich wystrzelam, czy to jasne?
Chłopak, niespełna dwudziestoletni z lękiem kiwa głową, następnie wychodzi z pośpiechem.
— Ta kryjówka za rzeką…
— Wiem, gdzie ona jest. — Jong ze spokojem kiwa głową.

***
Upada na posadzkę, uderzając podbródkiem o drewniane podłoże. Deski skrzypią żałośnie. Przygryza sobie język, a usta natychmiastowo wypełnia słony smak krwi.
Nie wie, gdzie jest. Po wejściu do ciemnego samochodu, została prawie od razu otumaniona nasączoną czymś chusteczką. Teraz obudzono ją solami trzeźwiącymi.
Musi znajdować się poza stolicą, gdyż wokoło panuje nieskazitelna cisza. Nie ma gwaru ulicy. Nawet pies nie ujada.
Wypełnia ją przeszywający strach. Deska za nią nieznacznie skrzypi pod naporem czyiś kroków.
— Wreszcie się spotykamy, dziewczyno o słowiczym głosie. — Słyszy mężczyznę. Wie, że to Tsu, ale nie ma odwagi się odwrócić. Zamiast tego wbija palce w podłogę.
— Jimin — szepcze błagalnie. — Gdzie on jest?
— Jimin? Już pytasz o brata? — Mężczyzna kpi. — Nie jesteś chociaż trochę ciekawa, kto tak bardzo cię pożąda?
An Ha z trudem się odwraca, przechylając na udzie. Łokciem wciąż utrzymuje równowagę. Włosy opadają jej kołtunem na napiętą od nerwów twarz.
Tsu jest niższy niż to sobie wyobrażała, a także znacznie mniej tęgi, chociaż szeroka, płaska twarz wydaje się straszna i obleśna, zaś oczy… te oczy są znamieniem czystego obłędu.
— Proszę… mój brat…
— Cisza! — Tsu krzyczy rozdzierająco. — Ani słowa, zanim ci nie pozwolę! — Wyciąga rękę, jakby chciał ją uderzyć. Nie robi tego jednak. Za nim stoją inni mężczyźni, najpewniej jego podwładni. Ich twarze są tak groteskowo obojętne, jakby to wszystko, co się rozgrywa było jedynie elementem teatralnej sztuki.
An Ha ma ochotę krzyczeć, ma też ochotę płakać, ale ani jedno ani drugie się nie dzieje, ponieważ całkowicie paraliżuje ją strach.
— Jesteś cudna. Zrobię ci kilka zdjęć, dobrze? — Tsu uspokaja się i teraz z wyraźnym zadowoleniem sięga po zwój grubej liny. — Ale najpierw odpowiednia poza.
— Nie! Puszczaj! — krzyczy, ale Tsu z pomocą towarzyszy całkowicie ją unieruchamia, a następnie przywiązuję nadgarstki do specjalnie wmontowanych w ścianę haków, które są podobne do tego, co widać w salach tortur.
An Ha drży… Boże, to nie może dziać się naprawdę! Nie może! Po prostu nie może!
Zaciska powieki, gdy z oczu płynął jej łzy. Podbródek drży. 
— Proszę, tylko…
— Cisza! — Tsu wymierza jej tak solidny cios, że głowa dziewczyny odskakuje na bok. W karku czuje przeszywający ból. Usta wypełnia jeszcze więcej krwi.
Po chwili wypluwa na ziemie ząb.
— Ani słowa, ty suko… — dyszy Tsu, a potem klęka obok i chwyta ją za bluzkę.
Dziewczyna jest roztrzęsiona, trzyma głowę na boku, nie ruszając się ani o milimetr, gdy mężczyzna targa bluzkę na strzępy, wyłaniając na światło dzienne jej niebieski stanik.
— Od razu lepiej, teraz wyglądasz wspaniale — mówi ciepłym głosem Tsu i gładzi ją kciukiem po policzku. — Teraz jesteś grzeczna. Teraz mi się podobasz.
An Ha wydaje z siebie cichy pisk, przypominający łkanie kociaka. Tsu napawa się tą chwilą, napawa się wonią strachu, który paruje z porów dziewczyny.
— Wyjdźcie — mówi do towarzyszy, a ci w odpowiedzi posłusznie opuszczają pomieszczenie.
Kiedy już zostają sami, oczy Tsu zaczynają się pożądliwie błyszczeć. An Ha w pewnym momencie odnosi wrażenie, że zamiarem mężczyzny jest ją zgwałcić, ale on podchodzi do dużej lampy błyskowej i już po chwili twarz dziewczyny oblewa snop rażącego światła.
— Chcę byś pokazała mi swój smutek, dziecinko, a najlepiej cierpienie — tłumaczy Tsu z zachwytem. — Będziesz piękna na tych zdjęciach, daje ci słowo.
Pieprz się., ciśnie się jej na usta, ale zagryza tylko wargi, tłumiąc w sobie nienawistne krzyki.
— Pięknie! Cudownie! Ta złość! — Tsu krąży przed nią jak przyczajony sęp. Trzask. Trzask. Trzask. Aparat wydaje trzeszczące dźwięki, gdy mężczyzna powołuje do życia kolejne zdjęcia. — To będzie moja najlepsza sesja po Rian.
An Ha nie ma siły zastanawiać się skąd kojarzy to imię. Zdaje jej się, że parę razy słyszała je w ustach Jong Goo, ale nie ma pewności. Spływa na nią dziwna, otępiająca obojętność.
Nagle jest daleko od tego miejsca, dźwięki dochodzą zza grubej ściany, a ją przestaje obchodzić, co się dalej wydarzy.
Łup! Niespodziewanie Tsu osuwa się na ziemie, jak zwalona góra, czemu towarzyszy także drażliwy łomot. Z tyłu głowy sączy mu się lepka krew, widniejąca także na niewielkiej, ale twardej cegłówce, którą trzyma cudza dłoń.
Po chwili ktoś wyciąga po An He ręce i uwalnia ją z więzów.
— Jong Goo? — pyta dziewczyna zza świadomości osnutej mgłą.
— To ja, Jimin.
Dziewczyna natychmiast odzyskuje ostrość zmysłów, gdy wreszcie rozpoznaje brata i rzuca mu się na szyje z głośnym szlochem.
— Jimin!
— Jestem przy tobie, ale cicho, dobra? Paru goryli stoi za drzwiami, nie chcę żeby zwabił ich tutaj hałas. Przynajmniej jeszcze nie teraz — mówi szeptem, na co An Ha posłusznie zaciska usta, starając się opanować bijące szaleńczo serce.
Ma tyle pytań do brata. O to, jak się tu znalazł i jak się wydostał, ale teraz nie ma czasu na rozmowę, więc pozwala po prostu, aby Jimin mocno chwycił ją za rękę i próbował wydostać z tego cholernego budynku, który przypomina nieco wielki magazyn.
Podłoga chrzęści pod ich nogami, gdy posuwają się ostrożnie do ściany.
— Jest tu tylne wyjście? — pyta szeptem dziewczyna.
— Obawiam się, że nie.
— To, co teraz zrobimy?
— Zwabimy ich.
— Ale…
Jimin przerywa jej gwałtownie przewracając rząd skrzyń, które zalegają w magazynie, a które upadają z łoskotem na ziemie. Nie trzeba długo czekać, by dosłownie zbiegli się poplecznicy Tsu, zaalarmowani hałasem.
Na widok leżącego na ziemi szefa ogarnia ich początkowo dezorientacja. Jeden pochyla się, by sprawdzić mu puls, pozostali już gorączkowo rozglądają się za uciekinierami.
— Teraz! — krzyczy Jimin i pociąga za sobą siostrę do wyjścia.
— Łapać ich! — rozlega się czyjś wrzask i naraz tuż za nimi da się słyszeć odgłos biegnących stóp, które do złudzenia przypominają dziewczynie walące się ze zbocza kamienie.
Wybiegają na zewnątrz, gdzie otacza ich pustkowie pól, istna wylęgarnia samotności. Nigdzie ani żywej duszy, ani asfaltowej drogi. Na ten widok nogi An Hy odmawiają jej posłuszeństwa, ma ochotę po prostu upaść i poddać się, ale Jimin jej na to nie pozwala, wciąż napędza bieg, nie puszczając ani na moment ręki siostry.
Po chwili oboje wbiegają w pole kukurydzy, która daje im potrzebny kamuflaż.
— Rozdzielmy się — mówi Jimim naglącym tonem.
— Nie, ale… — An Ha protestuje, jednakże brat puszcza jej rękę i już gna w inną stronę.
Chce biec za nim, ale ostatecznie obiera inny kierunek, stosując się do polecenia Jimina. Aż jej niedobrze na myśl, że oprawcy mogą go złapać i skrzywdzić. O tym, że mogą go zabić woli nie myśleć.
Nagle nad polem kukurydzy rozlega się ogłuszający wystrzał z broni palnej. An Ha upada z krzykiem na ziemie.



Następny rozdział         Poprzedni rozdział